było parno.
tak, parno.
nie gorąco, nie upalnie, ale parno.
trzymał mnie za rękę
i prowadził.
nie miałam siły iść.
co jakiś czas zatrzymywałam się
i brałam łyk wody.
czułam się jak na środku pustyni,
ale ta pustynia nazywa się kraków.
pustynia bez piasku, z tłumem ludzi,
bez oazy, ale za to pełna żaru.
dobrze, że trzymał mnie za rękę.
inaczej nie wiem, czy wiedziałabym
gdzie i po co iść.
nagle niekontrolowany ruch głowy w prawo.
rejestruję powoli.
najpierw piękne, żółte tulipany.
potem wolno zmieniam stop klatkę.
ON. naprzeciwko tulipanów siedział ON.
z okularami na nosie.
zagłębiony w lekturze.
mój perwersyjny wzrok się na nim zatrzymał
i chciał go połknąć.
Mrożek w bocznej uliczce Krakowa.
w knajpie, zaraz przy oknie.
a przed nim wyrastały żółte tulipany.
i ten żar, który się lał z nieba.
ciekawe, co czytał...
ścisnęłam jego rękę
i dyskretnie szepnęłam mu do ucha.
'widziałeś? tam siedział Mrożek!'
spojrzał się na mnie,
jakby nie rozumiał co mówię.
'Mrożek' - powtórzyłam.
- 'Gdzie?'
- 'tam...obok tych żółtych tulipanów'
nie widział tulipanów.
nie widział też Mrożka.
a ja cieszyłam sie jak dziecko.
chciałam wbiec do tej kameralnej knajpki.
usiąść naprzeciwko i pochłaniać Mrożka wzrokiem.
wiem, że nie umiałabym.
wiem, że to by go drażniło.
że nawet te moje myśli by go drażniły.
mój piękny Mrożek.
starzejacy się, ale wciąż piękny.
dwa tygodnie wcześniej oglądałam album
z jego ostatnimi zdjęciami.
wyszedł z albumu i usiadł naprzeciwko moich oczu.
chciałam też usiąść obok.
zapytać o coś.
ale tym razem się powstrzymałam.
był pan taki piękny w tej swojej ciszy.
nie śmiałabym jej zakłócić.
a potem to on ścisnął mocniej moją dłoń.
musieliśmy się śpieszyć.
miał próbę w teatrze.
uciekł, a ja zostałam sama na Kazimierzu.
żar powoli ustępował.
ale na Kazimierzu wzmógł się wiatr.
Wiatr, który wzbijał w powietrze tumany kurzu.
piach, który sypał mi w oczy.
Alchemia i jakaś bylejaka kawa.
bylejaka, ale magiczna
- pachnąca Mrożkiem, smakująca Kazimierzem.
a potem seks.
seks, który trwał do rana.
dotyk, Mrożek, Kazimierz,
alchemia, kawa, teatr,
spektakl, groteska, seks...
wszystko mieszało się we mnie.
doprowadzało do ekstazy.
do mojego końca świata.
do mojego początku, którego wciąż nie znam.
a potem pociąg i obrazy, które oddalały się ode mnie,
jak pociąg od peronu.
zostawiłam to wszystko za sobą.
Mrożka, Kazimierz, spektakl, jego i seks.
został we mnie tylko ten wiatr,
który wiał na Kazimierzu
i jakieś niespełnienie, nienasycenie...
zamykam powieki i próbuję to jeszcze raz wyświetlić.
nie udaje mi się.
zaciskam oczy jeszcze mocniej.
boli.
oczy podrażnione piachem.
tego najwięcej we mnie zostało.
i tylko małe troszkę Mrożka, Kazimierza, jego i seksu.
a teraz znowu tutaj siedzę.
nie wieje wiatr.
Mrożek nie siedzi.
papierowy stoi na półce.
Kazimierz - tylko jako imię znajomego woźnego.
On tylko w smsach.
i seks...brak seksu...jeden wielki brak.
niedowład ciała i myśli.
zostałam w upalnym krakowie.
spaliłam się w tamtym żarze.
czy wciąż jeszcze potrafię żyć dwoma miejscami naraz?
czy będę umiała się rozczłonkować?
podzielić.
zostawić trochę siebie tam i istnieć tutaj?
istnieć. nie wymagam niczego więcej.
byle istnieć, ale z tym 'troszke'.
takie moje minimum socjalne.