ubieram sie w podarte dżinsy
z dziurą na pupie,
grube skarpety
i wściekle obcisły top.
mój nieoficjalny strój domowy.
zanurzam się w myślach
i tańczę do upadłygo w rytm muzyki z cafe del mar.
sama dla siebie.
wirujący seks.
chciałabym, żeby ktoś podglądał.
żeby ktoś widział.
żeby chciał tu być.
żeby wchodził w moją historię.
żebym to dla niego tańczyła.
zmęczona siadam na zimnych kafelkach,
a chłód ogarnia prawy pośladek.
zakrywam oczy i niemo krzyczę.
jakiś artur dzwoni do mnie przez pomyłkę,
ale to nie przeszkadza mu,
by chcieć się ze mną umówić.
nie wiem czy wierzyc w siłę przypadku
i się temu poddać.
początkowo byłam ciekawa.
chciałam pomóc szczęściu.
teraz myślę, że to bez sensu.
więc gdy zadzwonił kolejnej nocy, nie odebrałam.
dlaczego przypadek nie jest bardziej kontaktowy?
dlaczego musi mnie spotykać
o drugiej w nocy w trakcie snu?
i dlaczego on zadzwonił przez pomyłkę?
czy już nikt nie będzie dzwonił celowo?
przypadek ma ciekawe poczucie humoru.
telefon zadzwonił wtedy,
gdy tego potrzebowałam.
ale potrzebowałam też, żeby to ktoś inny dzwonił.
wstaję i tańczę.
nie poddaję się.
muzyka we mnie wchodzi.
zalewa smutek.
jest już tylko ona.
ona i ciało, które ogranicza ruchy.
podchodzę do okna zdyszana
i szukam go wzrokiem.
jakiś samochód podejrzanie długo stoi pod moim blokiem.
ma zapalone światła.
nikt nie wysiada.
nikt nie wsiada.
po jakimś czasie pośpiesznie odjeżdza,
a wraz z nim moja nadzieja.
w świetle lampki nocnej mój cień
był dobrze widzialny w oknie.
a może ten samochód też był przypadkowy?
czy seks też ma być znowu przypadkowy?
wczoraj chciałam tańczyć.
chciałam dawać siebie w tańcu ciał.
chciałam dotykać i być dotykaną.
chciałam żeby w tym ciepłym świetle
i przy tej muzyce ktoś mnie dotykał z czułością.
przez sekundę miałam w głowie pomysł,
by zadzwonić do pewnej osoby,
bo ona by przyjechała.
ona by na pewno dotknęła.
tak cudownie dotknęła.
tego czas nie wymazał.
wymazał uczucia, ale nie ten boski dotyk.
szybko przeszła mi ochota.
nie można komuś mówić,
że go nie kochasz,
że juz dawno...
że nie rozumiesz dlaczego on mówi takie rzeczy
po takim czasie...
a potem prosić, żeby przyjechał,
bo twoje ciało się domaga bliskości.
a może źle go oceniam.
może by wcale nie przyjechał.
wyraźnie powiedział: "kocham Cie"
głośno i wyraźnie.
nie mówił: "chce się z Toba kochać",
tylko "kocham Cie".
to jedno pamiętam.
tulipany w wazonie na moim biurku więdną.
i ja też więdnę.
wczoraj sprzedałabym swoje ciało za jedno słowo,
za jeden dotyk.
dzisiaj wracam do stanu beznadziejności.
znowu niezależna.
panująca nad własnym ciałem.
wciskająca je w konwencje.
zamiast rozbierać się z siebie,
ubieram się w coraz więcej.
moje warstwy ochronne.
już nic nie czuć.
ani ciepła ani chłodu.
nawet bicia serca już nie słychać.
maska za maską,
strój za strojem.
oto ona - pani swojego życia.
oto ja - udająca silną, twardą.
w tych czasach tak trzeba.
żeby nie zgnietli cię jak robaka.
więc sama staję się jakąś poczwarą,
która traci nadzieję na przemianę w motyla.
nie mam skrzydeł.
mam krótkie życie wypełnione nie-nadzieją.
i za dzień lub dwa zginę.
piekna perspektywa...
a ona bedzie się pode mnie podszywać.
bedą ją nazywać moim imieniem,
pytać o życie wewnętrzne zwierząt,
a ona będzie się śmiać i kpić.
będzie ironizować.
z każdego i ze wszystkiego.
i bedzie sie uniezależniać coraz bardziej.
i będzie nadczłowiekiem,
bo zapomni, ze kiedyś był ktoś,
kogo serce mocno biło.
będzie tylko ambicja i wola.
ciągłe usiłowanie,
szalony bieg.
i nic więcej.
za dzień lub dwa zginę.
kto mnie będzie pamiętał?
kto mnie prawdziwą będzie pamiętał?
za dzień lub dwa...