wyznanie wiary

2006-02-06 01:03:59


jestem zmęczona.
zmęczona natręctwem niektórych osób
i niepewnością, tym kruchym lodem,
po którym ciągle stąpam.
napisał
'nie ma żadnych podtekstów.
wiesz o tym.'

'a co jest?
nadinterpretacje?'

-zapytałam.
naprawdę już nie wiem co jest,
a czego nie ma.
intuicja mnie zawodzi.
ciągle wpadam w jakieś otchłanie niepewności.
mam lepsze i gorsze dni.
gorsze są wtedy, gdy telefon dzwoni.
gdy on znowu prosi o spotkanie.
już nawet nie czuję satysfakcji i litości,
ale potworną irytację i umęczenie.
zawsze narzekałam na przeklęte milczenie telefonu.
teraz nie mogę sie doczekać tej błogiej ciszy.
coraz częściej odłączam telefon.
coraz częściej go po prostu nie odbieram.
jestem niewolnikiem we własnym domu,
swojego własnego numeru.
dni mijają mi bezsensownie.
niby sie ukulturalniam.
niby się bawię.
niby żyję.
niby robi potworną różnicę.
wciąż nie mogę spać.
najbardziej mnie męczy to samotne zasypianie.
na moment przed snem,
przychodzą najgorsze myśli i wspomnienia.
ten moment przed snem przeciąga się nienaturalnie
i trwa prawie do rana.
jak koszmar, który nie chce się skończyć.
tyle, że na jawie.
i męczą mnie mężczyźni,
którzy próbują mnie poderwać
w najżałośniejszy sposób świata.
w ten sposób nigdy nie znajdę męża.
i dobrze.
przecież i tak nie wierzę w małżeństwo.

wierzę w bliskość.
w cud przenikania siebie nawzajem,
zagłębiania się w sobie aż po czubki uszu.
wierzę w targanie palcami
włosów i myśli tej drugiej osoby.
wierzę w pocałunki,
które są jakąś bramą.
tylko nie wiem czy do piekła czy nieba.
wierzę w dotyk.
w spojrzenie, które mówi więcej
niż niektóre słowa.
wierzę w niezwykłe rozmowy przy kawie
i ich zwykłe zakończenie przy winie.
a może na odwrót?
wierzę w przypadkowe spotkania.
nie wierzę w miłość, która potrzebuje dowodu
i wystawiania na próbę.
nie wierzę w poprawę.
w zdradę, owszem, wierzę.
w ciebie, który krzyczysz 'kocham' nie wierzę.
i nie uwierzę.
wierzyłam w słowa 'nigdy nie jest za późno'.
paradoksalnie, niestety jest już za późno.
bywam niewolnikiem uczuć,
ale nie do jednego boga.
a może i jedego,
pod warunkiem, że ty nim nie jesteś.
i tak! jestem szalona!
to nie jest ucieczka od szczęścia.
to po prostu rozsądek.
jego resztki we mnie.
i resztki sumienia.
i duszy.
a widzisz, jednak mi jej nie odebrałeś.
jedyne co potrafiłeś zabrać
to tylko trochę bezcennego czasu
i odrobinę usmiechu.
leżę na półce w biurze rzeczy zagubionych
i czekam aż ktoś mnie tam znajdzie.
czasami spadam z półki.
chcę być zauważona.
i bywam, z mniejszym czy większym skutkiem.
ale potem znowu ktoś odkłada mnie na półkę,
albo przechodzę w inne ręce.
a na skórze stempel głoszący 'priorytet'.
ktoś zapomniał mnie odebrać
i priorytetem już od dawna nie jestem.
więc leżę sobie,
kurzę się,
marznę i tracę nadzieję,
że w końcu znajdzie się adresat.
porzucona na pastwę biurokratów od miłości.
będę chodzić od pokoju do pokoju,
tylko po to,
by ktoś odesłał mnie z kwitkiem.
jestem tym wszystkim cholernie zmęczona.
tym chodzeniem po piętrach
i użeraniem się z bandą hochsztaplerów i oszustów.
z drukami, które trzeba godzinami wypełniać.
składaniem deklaracji,
że 'tak, kocham'.
i myślą o nadchodzacych walentynkach
też jestem zmęczona.
mam je w pogardzie.
pieprzona konsumcja
i uzależnieni od niej konsumenci!
jednego dnia w roku mówią mechaniczne kocham,
zapełniają restauracje i kluby tak,
że nie można się obok nich przemknąć
bez poczucia winy i złości.
objęcie anathemą na jeden dzień.
najlepiej, żebym ja, samotna, nie wychodziła z domu.
trzeba mnie odizolować.
stanowie zagrożenie dla tych
beznadziejnie zakochanych obywateli mojego miasta...
skąd we mnie ta agresja?
cieszę się, że miłość istnieje,
że wciąż są tacy, dla których jest jedynym pokarmem.
dla mnie jest niezdrowym nałogiem.
jednym z wielu.
ale bez niej nie potrafie żyć,
chociażbym bóg wie co mówiła.

śnieg znowu pruszy
i barwą niewinności przykrywa cały brud świata.
wrócę za chwilę na swoją półkę,
poprawię znaczek 'priorytet' na skórze
i będę nie spać do rana w obawie,
że miłość zapuka, a ja nie otworzę.

skomentuj (0)


Strona główna