kiedyś nie znosiłam kotów.
irracjonalnie.bezpodstawnie.
w moim domu od zawsze był pies.
miałam roczek, kiedy pojawił się w domu.
kiedy odszedł 18 lat i byłam w trakcie matury.
straszna trauma.
wtedy kotów nie lubiłam jeszcze bardziej.
a potem była długa samotność.
cisza.
i tylko zieleń.
żadnego obślinionego pyska.
żadnego wiernego spojrzenia.
żadnego merdania ogonem.
więc zieleniałam tak sobie.
stawiałam kwiaty w każdym zakamarku pokoju.
z tęsknotą patrzyłam na każdego samotnego psa
i walczyłam o nowego lokatora.
bezskutecznie.
zakochałam się w rodezjanie ridge-backu.
do dziś mi zostało.
ale pojawił się ON.
ON i jego kot.
nie, nie.
wręcz pozorom jestem obiektywna.
to fakt - ON był cudowny,
ale to nie dlatego zaczęłam szanować koty.
było chyba dobrze po północy,
kiedy zaczęliśmy o tym rozmawiać.
o wyższości psów nad kotami/kotów nad psami.
cudownia wymiana zdań, chociaż każdy został przy swoim.
teraz myślę, że miał sporo racji,
gdy mówił,
że kot szczerze darzy Cię uczuciem.
pies jest wierny.
do bólu.
nawet gdy ktoś go bije, znęca się, wciąż przy nim trwa.
trochę jak ze mną.
na miłość kota trzeba zasłużyć,
a i tak będzie na ciebie patrzył z wyższością.
kot to indywidualista.
można by powiedzieć, że introwertyk.
pies przeciwnie.
szuka zabawy, szuka innych.
kot jest niezależny.
spada na cztery łapy.
kiedy trzeba potrafi pokazać pazurki.
ostatnio moje spotkania z kotami są dosyć mistyczne.
godzina druga w nocy.
znowu zakradam się do domu.
w ciemności klatki schodowej jakiś błysk.
kocie oczy.
hipnotyzujące.
dotarcie cztery piętra wyżej zajęło mi godzinę.
zahipnotyzował mnie.
i to na całą długą godzinę.
a potem zabrałam go do domu.
obwąchał każdy kąt.
spojrzał się na mnie w geście pożegnania
i stanął przy drzwiach,
czekając aż mu otworzę i zwrócę wolność.
wachałam się.
potrzebowałam go bardziej niż on mnie.
wolność wygrała.
bardzo powoli otwierałam drzwi.
dwa dni później spotkałam go w ogrodzie.
był równie demoniczny i hipnotyzujący,
co za pierwszym razem.
nie byłam pewna czy to towarzysz mojej nocnej przygody,
ale po krótkich oględzinach pozbyłam się wątpliwości.
tak, to on.
mój uwodzicielski demon.
dzisiaj znowu go widziałam.
przebiegł mi drogę.
złapałam jego spojrzenie.
zniknął w ułamek sekundy.
a może nie demon tylko anioł stróż?
daje mi znać, że jest,
że kiedy trzeba, to się pojawia.
a może to ON zaklęty w kota.
zawsze będzie mi się tak kojarzył.
nasze drogi się rozeszły,
ale coś we mnie zostało.
i ten mój nocny stróż o hipnotyzującym spojrzeniu
przypomina mi o tym za każdym razem,
kiedy się widzimy.
żałuję tylko, że nie mam wpływu na te nasze spotkania,
że są one takie przypadkowe,
że to on o tym decyduje.
lubie kontrolować sytuację,
ale tutaj nie ma hamulca bezpieczeństwa.
o wszystkim decyduje on.
chciałabym wiedzieć, co kryje się za tymi
obłędnie zielonymi oczami.
czy kiedyś się tego dowiem?
a może kiedyś zostanie w moim domu na dłużej?