tak po prostu zadzwonił.
jak gdyby nigdy nic.
zacznę od początku...
spotkaliśmy się jakieś trzy,
może cztery dni temu.
siedziałam w knajpie pijąc kawę mrożoną,
a on wyrósł przede mną
i nieśmiało powiedział 'cześć!'
powiedział, że widział mnie przez szybę
i postanowił się przywitać.
nie mogłam ust otworzyć.
uciec też nie mogłam,
bo rachunek był niezapłacony,
a szklanka opróżniona dopiero do połowy.
wyglądałoby to nienaturalnie.
demonstracyjnie.
a ja nie chciałam niczego demonstrować.
sporo czasu minęło.
prawdę powiedziawszy byłam ciekawa co u niego.
przysiadł się.
dobrze wygląda.
w kilku słowach opowiedział o swoich burzliwych losach,
Hiszpanii, studiach,
o tym, jakim włóczykijem był przez ostatnie pół roku.
uśmiechnęłam się, bo wiedziałam, co ma na myśli.
mną też rzucało.
patrzyłam na niego i widziałam wszystkie niedoskonałości.
irytujący sposób, w jaki pił kawę.
nerwowe, ukradkowe spojrzenia.
Boże, jak ja go kochałam.
i jak bardzo nienawidziłam potem.
został w nim ten niepokojący urok.
siedziałam jak zaklęta.
dobrze nam sie rozmawiało.
za dobrze.
gdy zdałam sobie z tego sprawę,
wymyśliłam jakiś pretekst i oddaliłam się.
przedtem jednak zapytał się
czy mogłabym mu dać swój numer telefonu.
tak na wszelki wypadek.
zawahałam się, ale chciałam mieć go z głowy.
dałam.
i uciekłam.
nie wiem gdzie było bardziej lodowato
- na dworzu, czy w tej knajpie obok niego.
minął jakiś czas.
zadzwonił.
znowu mnie zaskoczył.
zastanawiałam się czego chce,
po co dzwoni,
po jaką cholere?
przez nikogo nigdy tak nie cierpiałam,
jak przez niego.
zabił mnie wtedy.
zabił mnie wyznaniem zdrady, przeprosinami,
a potem swoim wyjazdem i listami,
które po jakimś czasie przestały przychodzić.
aż do teraz.
znowu się pojawił w moim życiu.
przypadkowe spotkanie w kawiarni mogłabym przeżyć,
ale ten telefon...
po minucie rozmowy o niczym wypalił, jak z armaty.
mówił szybko, nieskładnie,
improwizował.
słowa wyrzucał z siebie jak wulkan lawę.
powiedział, że wciąż mnie kocha,
że to się nigdy nie zmieniło,
że nie mógł sobie wybaczyć,
tego, co mi zrobił,
że był idiotą,
że wszystko by oddał,
by cofnąć czas,
by wrócić do tego, co było kiedyś.
powiedział, że jestem jedyną kobieta,
o której wciąż myśli,
że nigdy wcześniej,
ani potem, nie spotkał kogoś takiego jak ja.
cały czas mówił.
znowu ranił słowami.
idiota!
co on sobie wyobraża?
że może ot tak wracać i mówić mi takie rzeczy?
znowu to czułam.
miłość, nienawiść, strach, cierpienie, samotność.
wszystko we mnie obudził.
jednym pieprzonym telefonem.
a potem głupio zapytał,
czy mogłabym sie spotkać z nim jeszcze raz.
tym razem już mniej przypadkowo.
cisza...
zaśmiałam się nerwowo.
nie wiedziałam co powiedzieć.
znowu czułam sie jak mała dziewczynka.
wyczuł to.
powiedział, że rozumie.
znowu zaczął mówić.
powiedział
'wiem, że nie mogę na nic liczyć,
że nie mam prawa,
że...ale...
ale zastanów się chociaż chwilę...
kiedyś było nam tak dobrze...
spotkajmy się chociaż.
kiedy tylko będziesz chciała...'
skąd w nim ta nostalgia?
szybko zaczęłam mówić, że sesja,
egzaminy, kolokwia, prace, dziadkowie, szpital.
plotłam trzy po trzy.
powiedział 'rozumiem'
(znowu to jego rozumiem!
człowiek, który wszystko rozumie!)
zapytał, czy może jeszcze zadzwonić.
za jakiś czas.
stwierdził, że pewnie to wszystko
jest dla mnie zaskoczeniem
i że pewnie potrzebuję czasu.
znowu pod byle pretekstem skończyłam rozmowe.
nie chciałam mu mówić jak mnie rozwalił emocjonalnie wtedy,
jak mnie znowu rozwala emocjonalnie,
nie chciałam mu dawać tej satysfakcji.
nie chciałam wierzyć, że to się znowu dzieje.
przecież już dla mnie nic nie znaczy...
prawda?
wrócił demon.
wrócił szatan.
wrócił.
i śmie twierdzić, że wciąż mnie kocha.
tyle czasu.
jak on śmie twierdzić,
że wie co to miłość.
jak? po co? dlaczego?
moje życie już bez niego było dostateczne wywrócone do góry nogami.
nawet nie zapytał czy z kimś jestem...
to chciałam ci opowiedzieć.
siedzę i patrzę się w sufit.
sądziłam, że wymazałam go całego.
że wywaliłam go na śmietnik swojej pamięci.
że przebaczyłam.
tyle czasu minęło.
a kiedy mówił kocham,
coś się we mnie poruszyło.
nie wiem co.
miłość czy nienawiść.
boję się tego.
ta historia nie może wydarzać się
wciąż na nowo.
nie może!!!
dlaczego pojawił się akurat teraz?
dlaczego przypadki rządzą naszym życiem.
to przypadek zadecydował o końcu 'nas'.
a teraz przypadek ma znowu łączyć nasze drogi?
to jakiś pieprzony absurd!
to nie jest teatr!
to burdel...pieprzony burdel...
zrobił z mojej miłości burdel i wyjechał,
a teraz wraca i triumfalnie ogłasza swoją wieczna miłość.
rozumiesz coś z tego?
pogubiłam się...