zrobiłam wszystko, co mogłam zrobić.
opakowałam JĄ jak słodkiego cukierka.
nawet słowem nie wspomniałam o truciźnie w środku.
życzyłam wszystkich miłych ości:
radości.
namiętności.
niesamowitości.
bliskością służyłam na każdym kroku.
ofiarowywałam umysł i ciało.
kawę robiłam nie tylko z myślą o sobie.
mowiłam 'dzieńdobry' każdego ranka
i 'dobranoc' każdej nocy.
pachniałam boskim D&G.
czekałam.
całą wieczność czekałam.
pisałam.
byłam.
prowokowałam.
irytowałam.
reagowałam.
wierzyłam.
uczyłam się cierpliwości.
całą siebie dawałam.
czuwałam.
czasami całe noce.
nie spałam.
słuchałam i potakiwałam.
droczyłam się.
rozśmieszałam.
pomagałam.
na próżno...
zawiodła mnie intuicja.
zgubiłam się w mgle niedomówień,
które były tylko niedomówieniami i niczym więcej.
prowadziłam osobne życie,
ale zanurzone w nim.
cała byłam dawaniem i czekaniem.
niestety nie bezinteresownym.
tak. czegoś oczekiwałam.
chociaż muszę przyznać,
że sprawiało mi to nawet dużą przyjemność.
czas przeszły jest tu na miejscu.
wątpliwości pojawiły się
na krótko przed wyjazdem do Krakowa.
pierwsze znaki zapytania.
momenty olśnienia.
błysk mądrości w oczach.
ostrość widzenia.
a potem znowu wszystko przykrywała mgła.
w Krakowie jacyś mężczyźni.
jakieś numery telefonów.
jakieś uwodzicielskie rozmowy.
jakiś powiew świeżości.
powrót pewności siebie.
a jednak nie rozstawałam się z telefonem.
nawet wtedy, gdy stał się bezużyteczny.
jak narkomanka, czekałam na jakąkolwiek wiadomość.
uzależniona od słów.
a Ci inni mężczyźni kusili.
uśmiechali się.
zapraszali.
chcieli dotykać.
chcieli poznawać.
każdego mojego słowa słuchali
z zainteresowaniem i napięciem.
polemizowali.
byli fascynujący.
zwłaszcza ON.
czytał Ionesco po francusku
na zmianę z poradnikiem photoshopa.
wgramolił się do przedziału
z wielkim plecakiem
i statywem od aparatu.
student filozofii.
rozdarty pomiedzy Gdańskiem a Krakowem.
teatr absurdu, architektura, ludzie, kawa.
rozmawialiśmy potajemnie, gdy wszyscy inni spali.
w ciemności.
światło dochodziło jedynie z peronów,
które mijaliśmy.
przysuwaliśmy się coraz bliżej.
gdyby się w porę nie obudziły...
skończyło się na zaproszeniu na kawę
i obietnicy spotkania w przyszłości.
przez te parę dni
byłam pępkiem świata.
mój wymięty po podróży powrotnej umysł
miał mnóstwo pytań.
ale niewyspanie go zmyliło.
zaczał śnić.
wszedł w fazę marzeń sennych
i mylił sen z jawą.
przebudzenie nie bolało.
nie było już strachu.
nawet rozczarowania nie było.
po prostu oczekiwania nie zostały spełnione.
cały szereg starań pozwolił mi zrozumieć,
że umiem rozśmieszać i współczuć.
że nieporównywalnie bardziej lubię dawać.
chociaż brać też lubię.
odezwała się uśpiona namiętność.
zmysły znowu chcą brać.
chciałam być niewolnicą.
teraz chcę być boginią.
brać, co mi się należy.
garściami! łapczywie!
nie chcę już tracić czasu czekając,
aż zwróci swój wzrok na mnie.
mogło się udać.
ale nie wyszło.
nie chcę wyrokować czy to dobrze czy źle.
wszystko jest bardzo świeże.
słowami można dokonać przekłamania.
to niepotrzebne.
zapukałam, ale nikt nie otworzył.
trudno.
trzeba zapukać w inne drzwi.
albo pójść w końcu do domu
i poczekać, aż ktoś inny zapuka do ciebie.
miła ość nie stanęła mi w przełyku.
nie udławiłam się.
dobrze...
łagodność rozlewa się po mojej twarzy.
środek szaleje miotany ostatnimi wątpliwościami.
a ja uśmiecham się.
jeszcze trochę blado,
ale uśmiechać się w kolorze
będę już całkiem niedługo.
obiecuję.