łysa świtezianka...tak też można...

2006-11-13 20:13:39


właśnie odkrywam rodzinne bezsensy.
on wciąż niczego nie zrozumiał.
nie wie, że jestem tu po to, żeby dać mu szansę.
że ja jeszcze nie odpuszczam.
myśli, że całe życie był w porządku,
że ma czyste konto
i nie rozumie jakichkolwiek zarzutów...
no cóż...
pewnie bywa i tak.
nie wiem jak ta historia się skończy...
trochę przeraża mnie mój stopień emocjonalnego zaangażowania.
już dawno powinnam odejść,
a nie siedzieć w tym bardzo dziwnym układzie ojciec-córka.
tęsknię za szczerością.
ciągle to przeżywam.
za dużo buddyzmu, za mało agresywności.
powinnam walnąć drzwiami, tak, żeby naprawdę porządnie zahuczało.
ciągle odsuwam ten moment w przyszłość.
czy jesteś jakiś limit dawania szansy?
czy miarka w końcu kiedyś się przebierze?
ile razy można rozrywać rany i doprowadzać do kolejnego zakażenia?
do momentu amputacji uczuć?
ile? kiedy? jak długo?
niebo zimne i czarne.
znowu.
jakby chciało dać znać, że znowu nie mam do niego wstępu.
Rober wciąż w Brazylii.
a ja wciąż w przeszłości, w miłości.
to się kiedyś skończy.
wiem.
tych ran nie można tak bezkarnie otwierać.
nie da się już zdezinfekować.
po prostu się nie da.
tkanka będzie powoli obumierać.
leczenie nic nie pomoże.
tylko cud.
dlaczego na niego czekam?
przecież w niego nie wierzę.
on też nie.
nie wiem co myśli, czy kiedykolwiek tak naprawdę się starał,
nie znam stanu jego świadomości.
swój za to znam aż nadto.
przerażają mnie suche fakty.
gdyby werdykt miał paść tylko na ich podstawie,
wyrok już dawno by zapadł.
siedze tu i uszom nie wierzę,
kiedy po raz kolejny wysłuchuję jego impertynencji.
czy to naprawde takie proste?
zwalić wszystko na kogoś innego i po krzyku?
takie oczyszczenie:
"patrz świecie - ja jestem ten dobry.
to ty jesteś winny za całe zło".
niesamowite, że tak łatwo można odrzucić poczucie winy.
jemu się to udaje.
już tyle lat.
chciałabym o nim dobrze myśleć.
czasami mówi mi o jakichś kursach, szkoleniach.
dlaczego wciąż mi mało?
przecież czekam tylko na jedno szczere przepraszam.
chyba tak to było?
chyba na tym spowiedź polega.
dawno nie byłam, więc nie pamiętam.
wystarczy, że powie, że żałuje za grzechy,
będzie się starał ich nie powtarzać i zostanie mu odpuszczone,
czyż nie?
nie tak to szło?
jestem coraz większą nihilistką.
tak bardzo chciałam o to walczyć.
tak bardzo chciałam jakiegoś rodzaju normalności,
jakkolwiek miałaby ona wyglądać.
nie chce nicości.
nie chce utonąć.
potrzebuję jakiegoś zwrotu akcji.
niech się w końcu walnie w pierś i powie to.
za mało się staram?
nie obwiniam się.
tylko nie wiem, kiedy wreszcie powiem dość.
bo kiedy już powiem, to nie będzie przebaczenia.
będę czarna jak to niebo.
i zimna, milcząca, nieustępliwa.
znam siebie do tego stopnia.
a przeciez nigdy nie chciałam taka być.
jak dobrze, że jest Rober.
nie daje mi pójść na dno,
kompletnie się załamać.
ciągnie w górę.
piękne uczucie.
tylko że on wszystkiego nie wie.
przecież nie zarzuce go tym przez telefon,
albo internet.
śniłam mu się wczoraj łysa.
heheh.
podobno było mi do twarzy.
taka świtezianka, która wyłania sie z jeziora,
tyle że łysa.
cała ta technologia: internet,videokonferencje, zdjęcia
nie pozwolą mi poczuć ciepła jego dłoni,
które przeszyje mnie na wskroś.
jaka będzie przyszłość?
oby z nim.
chyba bez ojca.
pewnie ciężka, bo kiedy zostawia się za sobą niedokończone sprawy,
to ten demon uaktywnia się co jakiś czas
i nie daje nam spać.
boję się, że relacja z tatą taka będzie.
wszystko na to wskazuje.
nikt mnie tak nie uporzorzył, nie zniszczył, nie wbił w ziemię,
jak on.
a mimo to wciąż tu jestem.
tak, wiem...
psycholog powie, że to typowe.
córka czekająca na miłość...
a jednak ta historia jest moja.
nie chcę psychoanalizy,
porad, gotowych rozwiązań.
muszę sama sobie z tym poradzić.
i wiem, że dam radę.
to tylko kolejny krok do przodu...
i kiedyś przyjdzie czas, by go zrobić...
a dotego czasu pozostanę
łysą świtezianką ze snu Robera...

skomentuj (0)


Strona główna