banalna historia pewnego spadania

2006-10-29 16:54:38


i znów się powtarza ten dzień, kiedy chmury wiszą nisko,
kiedy tracę zmysły i doprowadzam się do szaleństwa.
uzależniłam się od tej jego codziennej obecności.
kiedy już drugi dzień milczy, czuję, że coś jest nie tak.
pojechał tam zagłosować i zniknął.
ona tam jest.
nie jestem zazdrosna.
czuję tylko niepokój.
czuję, że miliony innych spraw są ważniejsze.
ulatuje ze mnie cały luz.
czuję się bardzo zagubiona.
ktoś dał mi jedną godzinę snu więcej, a ja nie wiem po co.
już od dawna nie umiem normalnie spać.
już od dawna nie wiem jak odzyskać spokój i pewność siebie.
bawi mnie pogrywanie doroty,
poszukiwanie własnych granic.
w takim momencie jak ten widzę różnicę wieku.
potrzebuję już tylko zabójczo nudnego spokoju.
niestety taka jest prawda.
dorota powiedziała kiedyś, że nie spodziewała się po mnie,
że do czegoś się nie posunę, że się zawaham.
a jednak, no prosze...
ale to nie strach mną powoduje.
od dawna nie potrzebuję przekraczania granic w jej rozumieniu.
co z tego, że pocałuję się z dziewczną?
i że wywołam oburzenie ludzi zgromadzonych dookoła?
już to przerabiałam.
oburzenie, balansowanie, zabawa postrzeganiem, taniec na krawędzi.
moja miłość chce intymności, chce czterech ścian
i szczerości.
nie chcę niczego na pokaz.
nie chcę przesuwania barier.
już tego nie chcę.
wciąż nie wiem co z tą zdradą.
czy zbliżenie z kimś innym to zdrada?
kiedy można mówić o rozwiązłości?
akceptuję to wszystko,
ale tylko wtedy gdy jest naturalne, gdy jest naszą potrzebą,
a nie balansowaniem na granicy.
gdy nikogo nie ranisz, gdy oboje się na to zgadzacie.
pogubiłam się.
nie mam żadnych dogmatów.
w nic już nie wierzę.
uwierzyłam w niego.
ale teraz to się rozsypuje.
moje zaufanie i miłość zamieniły się w jakieś psychopatyczne uzależnienie.
nie wiem co robić, kiedy on się nie odzywa.

jestem przeziębiona.
jest mi niedobrze, samotnie i źle.
i mam konstytucyjne prawo by czasami się tak czuć.
a może herbet wcale się nie mylił kiedy mówił,
że coś jest albo czarne albo białe?
jest dobrze albo źle.
nie ma innej odpowiedzi.
albo tu jesteś ze mną albo nie.
albo myślisz o mnie albo nie.
albo mnie kochasz albo nie.
dlaczego wszystkie odpowiedzi niepokoją mnie słowem nie?

jestem zakochana w chmurach.
ich kształtach, kolarach i bezmiarze.
i w tym, że kiedy trzeba dają cień lub deszcz.
przypominają mi Ich zachmurzone spojrzenia.
nie widzę nikogo dookoła siebie.
chyba oślepłam.
albo to świat oślepł i mnie nie zauważa.
bardzo się pogubiłam.
myślałam o psychologu.
o szczerej a jednak fachowej rozmowie.
tyle lat, tyle duszonych emocji, tyle łez, złości,
bezradności, szarpania się, niemego krzyku.
tyle poranków, gdy szukałam jakiegokolwiek sensu, by wstać.
boję się, że kiedy jutro się obudzę,
nie będę mogła otworzyć oczu.
zupełnie tak samo jak wtedy, kiedy byłam mała,
a mama musiała przemywać mi oczy rumiankiem.

tak naprawdę to nie ja decydowałam.
porzucano mnie.
przyjaźnie, miłości, zauroczenia.
z jakiś przyczyn mi niestety nieznanych.
boję się, że to się znowu stanie...
że po prostu coś się stanie...
po co mi tyle niepokoju?
kto go we mnie wlał i w jakim celu?
nikt nie chce mi pokazać drogi,
nikt za rękę nie poprowadzi.
ojciec oddaje pokłony innemu bogowi,
mama szuka własnego sposobu na szczęście.
żadnego oparcia.
nikt nie klepie po plecach dodając otuchy.
a ty nie dzwonisz...
i nie dzwonisz...
co mam o tym myśleć?
jest niedziela. podobno dzień boży.
ale ten, w którego zdaje mi się, że wierzę, milczy.
oni zawsze milczą prawda?
nie bedzie cudownych objawień, proroczych snów?!?
będzie tylko cisza i wieczne poszukiwanie.
amen?

droga do nikąd.
nic nie czeka.
nieuchronnie spadam.

znów się powtarza
ta banalna historia pewnego spadania...

skomentuj (0)


Strona główna