slowami veddera wypelniam ten pokoj 2011-07-23 16:08:08

Nie wiedzialam ze wroce...
ze przyjdzie czas wznowic ten dialog z sama soba.
cztery lata...
cztery dlugie lata.
kochalam, smialam sie, zwiedzalam.
plakalam, dryfowalam.
dzisiaj budze sie i przecieram oczy.
czy to tylko sen?
czy iluzja moze trwac cztery dlugie lata?
bledem bylo kochac kogos tak mocno, ze az zlac sie z nim w jedna osobe.
dzisiaj to wiem.
bronie swoich granic.
to jest moje cialo, moje mysli, moje uczucia.
Zawsze bedzie moje.


Wind in my hair, I feel part of everywhere
Underneath my being is a road that disappeared
Late at night I hear the trees, they're singing with the dead
Overhead...

skomentuj (0)

Ouroboros... a mialo byc nigdy wiecej... 2009-10-25 23:09:41

Myslalam, ze wroci.
Ze zapuka do drzwi.
Ze przyjdzie skruszony i olsniony.
Ze zycie szykuje nam niespodzianke.
Ze koniec jest poczatkiem.
Ze jest nam dane.
Ze bedzimy kochac sie do rana.
Cala noc.
Ze mnie rozbierze, pojmie, wykocha.
Ze mnie zobaczy.
Czas mija.
Cisza, ktora zabija.
Nie codziennie, ale skutecznie.
Zawsze wtedy, gdy zostaje z soba sam na sam.
Przyzwyczajona do nas.
Uzalezniona od jego skory.
Moja nowa heroina.
Od jego zapachu.
Moja kokaina.
Od dotyku.
Od rownomiernego oddechu.
Od jego ciala gorujacego nad moim.
Od drzenia po koniuszki palcow.
A potem krzyk, nienawisc, bol.
Smutek i lzy.
Dramat, ktory nie mial nam byc pisany.
Zabijanie sie na sniadanie.
Ponizenie na obiad.
Umieranie w porze kolacji.
Zabilismy nas.
Skutecznie i do konca.
A teraz obracamy sie i rozsypujemy popioly po tym,
co zostalo.
Zaslaniam oczy.
Wciaz kocham.
Skutecznie to w sobie zabijam.
Gardzic nie umiem.
Pochylam sie nad nami i placze.
Dwa dlugie lata i pelno kosciotrupow.
Tym jestesmy.
Tyle po nas dzisiaj zostalo.
Nikt nas nie uwieczni.
Jestesmy marni jak ten proch.
Budze sie, przecieram oczy i szukam Ciebie.
Ale Ciebie juz tu nie ma.
Budzisz sie w innym lozku.
W innych ramionach.
A moze sam.
Juz nie wiem.
Zaimprowizowana cisza ma nam pomoc.
Ma nas wyrwac z ramion wspomnien.
Dac czas katharsis.
Na zmartwychwstanie.
Na szczescie, ktore nie trwa na wieki wieczne amen.
Dzisiaj plakalam po raz pierwszy.
Czas oczekiwania: cztery tygodnie.
Lzy jak zawsze slone.
Ale nie beznadziejne, nieskonczone.
Jutro wyjdzie tecza.
A potem szary horyzont.
Nie dbam o blekit.
Nie szukam drobnych szczesc.
Magii, ktora dzieje sie codziennie.
Zyje tu i teraz, zanurzona w tym szarym brudnopisie,
ktos czasem pomaze cos kolorowa kredka,
ale potem znowu grafit na zakamarkach mego ciala.
Narysuj kontury, wymarz niepotrzebne linie,
wypelnij mnie szara cisza,
uspokoj po koniuszki dloni,
ukolysz brakiem koloru.
Spokojnie.
Bez rewolucji.
Bic sie bede znowu jutro.
Ale dzisiaj juz sza.
Cicho tak.
Juz szaaa...

skomentuj (0)

łysa świtezianka...tak też można... 2006-11-13 20:13:39


właśnie odkrywam rodzinne bezsensy.
on wciąż niczego nie zrozumiał.
nie wie, że jestem tu po to, żeby dać mu szansę.
że ja jeszcze nie odpuszczam.
myśli, że całe życie był w porządku,
że ma czyste konto
i nie rozumie jakichkolwiek zarzutów...
no cóż...
pewnie bywa i tak.
nie wiem jak ta historia się skończy...
trochę przeraża mnie mój stopień emocjonalnego zaangażowania.
już dawno powinnam odejść,
a nie siedzieć w tym bardzo dziwnym układzie ojciec-córka.
tęsknię za szczerością.
ciągle to przeżywam.
za dużo buddyzmu, za mało agresywności.
powinnam walnąć drzwiami, tak, żeby naprawdę porządnie zahuczało.
ciągle odsuwam ten moment w przyszłość.
czy jesteś jakiś limit dawania szansy?
czy miarka w końcu kiedyś się przebierze?
ile razy można rozrywać rany i doprowadzać do kolejnego zakażenia?
do momentu amputacji uczuć?
ile? kiedy? jak długo?
niebo zimne i czarne.
znowu.
jakby chciało dać znać, że znowu nie mam do niego wstępu.
Rober wciąż w Brazylii.
a ja wciąż w przeszłości, w miłości.
to się kiedyś skończy.
wiem.
tych ran nie można tak bezkarnie otwierać.
nie da się już zdezinfekować.
po prostu się nie da.
tkanka będzie powoli obumierać.
leczenie nic nie pomoże.
tylko cud.
dlaczego na niego czekam?
przecież w niego nie wierzę.
on też nie.
nie wiem co myśli, czy kiedykolwiek tak naprawdę się starał,
nie znam stanu jego świadomości.
swój za to znam aż nadto.
przerażają mnie suche fakty.
gdyby werdykt miał paść tylko na ich podstawie,
wyrok już dawno by zapadł.
siedze tu i uszom nie wierzę,
kiedy po raz kolejny wysłuchuję jego impertynencji.
czy to naprawde takie proste?
zwalić wszystko na kogoś innego i po krzyku?
takie oczyszczenie:
"patrz świecie - ja jestem ten dobry.
to ty jesteś winny za całe zło".
niesamowite, że tak łatwo można odrzucić poczucie winy.
jemu się to udaje.
już tyle lat.
chciałabym o nim dobrze myśleć.
czasami mówi mi o jakichś kursach, szkoleniach.
dlaczego wciąż mi mało?
przecież czekam tylko na jedno szczere przepraszam.
chyba tak to było?
chyba na tym spowiedź polega.
dawno nie byłam, więc nie pamiętam.
wystarczy, że powie, że żałuje za grzechy,
będzie się starał ich nie powtarzać i zostanie mu odpuszczone,
czyż nie?
nie tak to szło?
jestem coraz większą nihilistką.
tak bardzo chciałam o to walczyć.
tak bardzo chciałam jakiegoś rodzaju normalności,
jakkolwiek miałaby ona wyglądać.
nie chce nicości.
nie chce utonąć.
potrzebuję jakiegoś zwrotu akcji.
niech się w końcu walnie w pierś i powie to.
za mało się staram?
nie obwiniam się.
tylko nie wiem, kiedy wreszcie powiem dość.
bo kiedy już powiem, to nie będzie przebaczenia.
będę czarna jak to niebo.
i zimna, milcząca, nieustępliwa.
znam siebie do tego stopnia.
a przeciez nigdy nie chciałam taka być.
jak dobrze, że jest Rober.
nie daje mi pójść na dno,
kompletnie się załamać.
ciągnie w górę.
piękne uczucie.
tylko że on wszystkiego nie wie.
przecież nie zarzuce go tym przez telefon,
albo internet.
śniłam mu się wczoraj łysa.
heheh.
podobno było mi do twarzy.
taka świtezianka, która wyłania sie z jeziora,
tyle że łysa.
cała ta technologia: internet,videokonferencje, zdjęcia
nie pozwolą mi poczuć ciepła jego dłoni,
które przeszyje mnie na wskroś.
jaka będzie przyszłość?
oby z nim.
chyba bez ojca.
pewnie ciężka, bo kiedy zostawia się za sobą niedokończone sprawy,
to ten demon uaktywnia się co jakiś czas
i nie daje nam spać.
boję się, że relacja z tatą taka będzie.
wszystko na to wskazuje.
nikt mnie tak nie uporzorzył, nie zniszczył, nie wbił w ziemię,
jak on.
a mimo to wciąż tu jestem.
tak, wiem...
psycholog powie, że to typowe.
córka czekająca na miłość...
a jednak ta historia jest moja.
nie chcę psychoanalizy,
porad, gotowych rozwiązań.
muszę sama sobie z tym poradzić.
i wiem, że dam radę.
to tylko kolejny krok do przodu...
i kiedyś przyjdzie czas, by go zrobić...
a dotego czasu pozostanę
łysą świtezianką ze snu Robera...

skomentuj (0)

!@#$%^&*(*&+(*}{ 2006-10-29 17:27:37

JESTEM HISTERYCZKĄ!

odezwał się.

wariatka emocjonalna, intymny nałogowiec i bezapelacyjnie histeryczka.
to tylko rodzaj dysonansu.
tu deszcz, tam słońce.
tu siedemnasta, tam trzynasta.
tu ja, tam ty.
to tylko aberracja, tylko ona.
wiem, że za miesiąc wszystko wróci do normy,
o ile jakaś jest.
saudade.
nawet bardzo.
kocham, tęsknię, wariuję.

skomentuj (0)

banalna historia pewnego spadania 2006-10-29 16:54:38


i znów się powtarza ten dzień, kiedy chmury wiszą nisko,
kiedy tracę zmysły i doprowadzam się do szaleństwa.
uzależniłam się od tej jego codziennej obecności.
kiedy już drugi dzień milczy, czuję, że coś jest nie tak.
pojechał tam zagłosować i zniknął.
ona tam jest.
nie jestem zazdrosna.
czuję tylko niepokój.
czuję, że miliony innych spraw są ważniejsze.
ulatuje ze mnie cały luz.
czuję się bardzo zagubiona.
ktoś dał mi jedną godzinę snu więcej, a ja nie wiem po co.
już od dawna nie umiem normalnie spać.
już od dawna nie wiem jak odzyskać spokój i pewność siebie.
bawi mnie pogrywanie doroty,
poszukiwanie własnych granic.
w takim momencie jak ten widzę różnicę wieku.
potrzebuję już tylko zabójczo nudnego spokoju.
niestety taka jest prawda.
dorota powiedziała kiedyś, że nie spodziewała się po mnie,
że do czegoś się nie posunę, że się zawaham.
a jednak, no prosze...
ale to nie strach mną powoduje.
od dawna nie potrzebuję przekraczania granic w jej rozumieniu.
co z tego, że pocałuję się z dziewczną?
i że wywołam oburzenie ludzi zgromadzonych dookoła?
już to przerabiałam.
oburzenie, balansowanie, zabawa postrzeganiem, taniec na krawędzi.
moja miłość chce intymności, chce czterech ścian
i szczerości.
nie chcę niczego na pokaz.
nie chcę przesuwania barier.
już tego nie chcę.
wciąż nie wiem co z tą zdradą.
czy zbliżenie z kimś innym to zdrada?
kiedy można mówić o rozwiązłości?
akceptuję to wszystko,
ale tylko wtedy gdy jest naturalne, gdy jest naszą potrzebą,
a nie balansowaniem na granicy.
gdy nikogo nie ranisz, gdy oboje się na to zgadzacie.
pogubiłam się.
nie mam żadnych dogmatów.
w nic już nie wierzę.
uwierzyłam w niego.
ale teraz to się rozsypuje.
moje zaufanie i miłość zamieniły się w jakieś psychopatyczne uzależnienie.
nie wiem co robić, kiedy on się nie odzywa.

jestem przeziębiona.
jest mi niedobrze, samotnie i źle.
i mam konstytucyjne prawo by czasami się tak czuć.
a może herbet wcale się nie mylił kiedy mówił,
że coś jest albo czarne albo białe?
jest dobrze albo źle.
nie ma innej odpowiedzi.
albo tu jesteś ze mną albo nie.
albo myślisz o mnie albo nie.
albo mnie kochasz albo nie.
dlaczego wszystkie odpowiedzi niepokoją mnie słowem nie?

jestem zakochana w chmurach.
ich kształtach, kolarach i bezmiarze.
i w tym, że kiedy trzeba dają cień lub deszcz.
przypominają mi Ich zachmurzone spojrzenia.
nie widzę nikogo dookoła siebie.
chyba oślepłam.
albo to świat oślepł i mnie nie zauważa.
bardzo się pogubiłam.
myślałam o psychologu.
o szczerej a jednak fachowej rozmowie.
tyle lat, tyle duszonych emocji, tyle łez, złości,
bezradności, szarpania się, niemego krzyku.
tyle poranków, gdy szukałam jakiegokolwiek sensu, by wstać.
boję się, że kiedy jutro się obudzę,
nie będę mogła otworzyć oczu.
zupełnie tak samo jak wtedy, kiedy byłam mała,
a mama musiała przemywać mi oczy rumiankiem.

tak naprawdę to nie ja decydowałam.
porzucano mnie.
przyjaźnie, miłości, zauroczenia.
z jakiś przyczyn mi niestety nieznanych.
boję się, że to się znowu stanie...
że po prostu coś się stanie...
po co mi tyle niepokoju?
kto go we mnie wlał i w jakim celu?
nikt nie chce mi pokazać drogi,
nikt za rękę nie poprowadzi.
ojciec oddaje pokłony innemu bogowi,
mama szuka własnego sposobu na szczęście.
żadnego oparcia.
nikt nie klepie po plecach dodając otuchy.
a ty nie dzwonisz...
i nie dzwonisz...
co mam o tym myśleć?
jest niedziela. podobno dzień boży.
ale ten, w którego zdaje mi się, że wierzę, milczy.
oni zawsze milczą prawda?
nie bedzie cudownych objawień, proroczych snów?!?
będzie tylko cisza i wieczne poszukiwanie.
amen?

droga do nikąd.
nic nie czeka.
nieuchronnie spadam.

znów się powtarza
ta banalna historia pewnego spadania...

skomentuj (0)

...z kropki w kropkę... 2006-06-02 22:48:39


...

przychodzi taki moment,
że zostaję bez siebie w sobie.
nawet bez ciebie we mnie.
rozdałam już całą siebie.
i został tylko pokrowiec po agnieszce.
pokrowiec, w którym gra powietrze.
w którym cieszy się cisza.

biega więc pokrowiec po mieście i szuka
jakiejkolwiej cennej zawartości,
którą by w siebie mógł wsadzić,
otoczyć sobą szczelnie.
a tam wciąż tylko powietrze.
powietrze i powietrze.
myśli więc agnieszka o ucieczce.
ale ucieczka możliwa tylko w powietrze.
myśli więc o T A M.
T jak tomek.
A jak alan.
M jak michał.
ale tam też jest tylko powietrze.

cieszy się cisza jeszcze ciszej.

miesza się miasto w misie.

krowa kroczy ku krowie.

a w pokrowcu już tylko potargane misie.

...

gdzieś tam,
gdzie drogi się ze sobą schodzą,
stoi ON.
wyprofilowany, idealnie skrojony.
bogaty w hałas.
pełen siebie w sobie.
stoi i się wypełnia po brzegi.
syci się najróżniejszymi odgłosami,
feerią kolorów, karnawałem dotyku.
a gdy się już nasyci, znajdzie pokrowiec na siebie.

i wtedy zmieści się cały we mnie.
wypełni od środka.
rozepcha po brzegi.
wyrzuci misie.
wymaże TAM,
napisze TUTAJ.
połknie całe powietrze.
wywrzeszczy siebie we mnie.
zakrzyczy ciszę.

i tak się będziemy sobą dusić
po krańce krańców,
po brzegi brzegów,
po koniec końców.

...

skomentuj (0)

katharsis 2006-05-14 19:03:38


to była dobra impreza.
bawiliśmy się całą długą noc.
zaczęliśmy w gdyni,
a potem odwiedzaliśmy po kolei kluby w sopocie.
wytańczyłam się.
wyśmiałam.
wyśpiewałam.
a potem katharsis.
wziął mnie za rękę i wyszliśmy na dwór.
było dosyć ciepło.
ale rozmowa z początku była absurdalna.
ja coś mówiłam.
on nie rozumiał
i prosił bym jeszcze raz to wszystko wyjaśniła.
gdy już nie miałam sił,
na twarz wstąpiło rozczarowanie
i ironiczny uśmiech,
gdy chciałam odejść,
złapał mnie za rękę i nie pozwolił.
dokończyliśmy rozmowę.
tak mi się w każdym razie wydaje.
wyszło na to,
że moja intuicja jest mylna,
że nadinterpretuję pewne słowa,
że niepotrzebnie biorę pewne rzeczy do siebie.
jeszcze nie do końca to sobie poukładałam,
w tej mojej biednej głowie.
jeszcze mam trochę wątpliwości.
ale za chwilę to sobie poukładam.
tylko niech ten świat przestanie wirować.
tymczasem w głowie kraków.
nie. nie, kraków.
w mojej głowie ON.
czas mi go zabiera.
te chwile były zbyt efemeryczne.
a dzisiaj seria smsów,
które rozgrzewają do czerwoności,
które sprawiają, że gdzieś na dole
czujesz gorąco, które rozlewa się po całym ciele.
przez które nie możesz spać, nie możesz jeść
i nawet spokojnie leżeć.
słowa, które penetrują bardziej niż dotyk.
perwersyjna przyjemność wypowiadania ich na głos.
świadomość, że on ciebie pragnie,
że wariuje, bo ciebie tam nie ma,
bo...
bo odległość rani bardziej niż nóż.
nie, nie odległość, ale niemożność jej przezwyciężenia.
obowiązki, zajęcia, kasa, czas...
to wszystko, co nie daje nam spać,
co stanowi przeszkodę,
którą jednak wciąż staramy się pokonać.
za chwilę skończy próbę.
za chwilę zadzwoni i oszalejemy dla siebie.
dlaczego to zawsze musi być 'za chwilę'?!
...

skomentuj (0)

został we mnie ten wiatr, który wiał na Kazimierzu... 2006-05-12 18:42:44


było parno.
tak, parno.
nie gorąco, nie upalnie, ale parno.
trzymał mnie za rękę
i prowadził.
nie miałam siły iść.
co jakiś czas zatrzymywałam się
i brałam łyk wody.
czułam się jak na środku pustyni,
ale ta pustynia nazywa się kraków.
pustynia bez piasku, z tłumem ludzi,
bez oazy, ale za to pełna żaru.
dobrze, że trzymał mnie za rękę.
inaczej nie wiem, czy wiedziałabym
gdzie i po co iść.
nagle niekontrolowany ruch głowy w prawo.
rejestruję powoli.
najpierw piękne, żółte tulipany.
potem wolno zmieniam stop klatkę.
ON. naprzeciwko tulipanów siedział ON.
z okularami na nosie.
zagłębiony w lekturze.
mój perwersyjny wzrok się na nim zatrzymał
i chciał go połknąć.
Mrożek w bocznej uliczce Krakowa.
w knajpie, zaraz przy oknie.
a przed nim wyrastały żółte tulipany.
i ten żar, który się lał z nieba.
ciekawe, co czytał...
ścisnęłam jego rękę
i dyskretnie szepnęłam mu do ucha.
'widziałeś? tam siedział Mrożek!'
spojrzał się na mnie,
jakby nie rozumiał co mówię.
'Mrożek' - powtórzyłam.
- 'Gdzie?'
- 'tam...obok tych żółtych tulipanów'
nie widział tulipanów.
nie widział też Mrożka.
a ja cieszyłam sie jak dziecko.
chciałam wbiec do tej kameralnej knajpki.
usiąść naprzeciwko i pochłaniać Mrożka wzrokiem.
wiem, że nie umiałabym.
wiem, że to by go drażniło.
że nawet te moje myśli by go drażniły.
mój piękny Mrożek.
starzejacy się, ale wciąż piękny.
dwa tygodnie wcześniej oglądałam album
z jego ostatnimi zdjęciami.
wyszedł z albumu i usiadł naprzeciwko moich oczu.
chciałam też usiąść obok.
zapytać o coś.
ale tym razem się powstrzymałam.
był pan taki piękny w tej swojej ciszy.
nie śmiałabym jej zakłócić.
a potem to on ścisnął mocniej moją dłoń.
musieliśmy się śpieszyć.
miał próbę w teatrze.
uciekł, a ja zostałam sama na Kazimierzu.
żar powoli ustępował.
ale na Kazimierzu wzmógł się wiatr.
Wiatr, który wzbijał w powietrze tumany kurzu.
piach, który sypał mi w oczy.
Alchemia i jakaś bylejaka kawa.
bylejaka, ale magiczna
- pachnąca Mrożkiem, smakująca Kazimierzem.
a potem seks.
seks, który trwał do rana.
dotyk, Mrożek, Kazimierz,
alchemia, kawa, teatr,
spektakl, groteska, seks...
wszystko mieszało się we mnie.
doprowadzało do ekstazy.
do mojego końca świata.
do mojego początku, którego wciąż nie znam.
a potem pociąg i obrazy, które oddalały się ode mnie,
jak pociąg od peronu.
zostawiłam to wszystko za sobą.
Mrożka, Kazimierz, spektakl, jego i seks.
został we mnie tylko ten wiatr,
który wiał na Kazimierzu
i jakieś niespełnienie, nienasycenie...
zamykam powieki i próbuję to jeszcze raz wyświetlić.
nie udaje mi się.
zaciskam oczy jeszcze mocniej.
boli.
oczy podrażnione piachem.
tego najwięcej we mnie zostało.
i tylko małe troszkę Mrożka, Kazimierza, jego i seksu.
a teraz znowu tutaj siedzę.
nie wieje wiatr.
Mrożek nie siedzi.
papierowy stoi na półce.
Kazimierz - tylko jako imię znajomego woźnego.
On tylko w smsach.
i seks...brak seksu...jeden wielki brak.
niedowład ciała i myśli.
zostałam w upalnym krakowie.
spaliłam się w tamtym żarze.
czy wciąż jeszcze potrafię żyć dwoma miejscami naraz?
czy będę umiała się rozczłonkować?
podzielić.
zostawić trochę siebie tam i istnieć tutaj?
istnieć. nie wymagam niczego więcej.
byle istnieć, ale z tym 'troszke'.
takie moje minimum socjalne.

skomentuj (0)

uwodzicielskie, hipnotyzujące, irracjonalne spotkania w nocy 2006-04-21 23:01:07


kiedyś nie znosiłam kotów.
irracjonalnie.bezpodstawnie.
w moim domu od zawsze był pies.
miałam roczek, kiedy pojawił się w domu.
kiedy odszedł 18 lat i byłam w trakcie matury.
straszna trauma.
wtedy kotów nie lubiłam jeszcze bardziej.
a potem była długa samotność.
cisza.
i tylko zieleń.
żadnego obślinionego pyska.
żadnego wiernego spojrzenia.
żadnego merdania ogonem.
więc zieleniałam tak sobie.
stawiałam kwiaty w każdym zakamarku pokoju.
z tęsknotą patrzyłam na każdego samotnego psa
i walczyłam o nowego lokatora.
bezskutecznie.
zakochałam się w rodezjanie ridge-backu.
do dziś mi zostało.
ale pojawił się ON.
ON i jego kot.
nie, nie.
wręcz pozorom jestem obiektywna.
to fakt - ON był cudowny,
ale to nie dlatego zaczęłam szanować koty.
było chyba dobrze po północy,
kiedy zaczęliśmy o tym rozmawiać.
o wyższości psów nad kotami/kotów nad psami.
cudownia wymiana zdań, chociaż każdy został przy swoim.
teraz myślę, że miał sporo racji,
gdy mówił,
że kot szczerze darzy Cię uczuciem.
pies jest wierny.
do bólu.
nawet gdy ktoś go bije, znęca się, wciąż przy nim trwa.
trochę jak ze mną.
na miłość kota trzeba zasłużyć,
a i tak będzie na ciebie patrzył z wyższością.
kot to indywidualista.
można by powiedzieć, że introwertyk.
pies przeciwnie.
szuka zabawy, szuka innych.
kot jest niezależny.
spada na cztery łapy.
kiedy trzeba potrafi pokazać pazurki.
ostatnio moje spotkania z kotami są dosyć mistyczne.
godzina druga w nocy.
znowu zakradam się do domu.
w ciemności klatki schodowej jakiś błysk.
kocie oczy.
hipnotyzujące.
dotarcie cztery piętra wyżej zajęło mi godzinę.
zahipnotyzował mnie.
i to na całą długą godzinę.
a potem zabrałam go do domu.
obwąchał każdy kąt.
spojrzał się na mnie w geście pożegnania
i stanął przy drzwiach,
czekając aż mu otworzę i zwrócę wolność.
wachałam się.
potrzebowałam go bardziej niż on mnie.
wolność wygrała.
bardzo powoli otwierałam drzwi.
dwa dni później spotkałam go w ogrodzie.
był równie demoniczny i hipnotyzujący,
co za pierwszym razem.
nie byłam pewna czy to towarzysz mojej nocnej przygody,
ale po krótkich oględzinach pozbyłam się wątpliwości.
tak, to on.
mój uwodzicielski demon.
dzisiaj znowu go widziałam.
przebiegł mi drogę.
złapałam jego spojrzenie.
zniknął w ułamek sekundy.
a może nie demon tylko anioł stróż?
daje mi znać, że jest,
że kiedy trzeba, to się pojawia.
a może to ON zaklęty w kota.
zawsze będzie mi się tak kojarzył.
nasze drogi się rozeszły,
ale coś we mnie zostało.
i ten mój nocny stróż o hipnotyzującym spojrzeniu
przypomina mi o tym za każdym razem,
kiedy się widzimy.
żałuję tylko, że nie mam wpływu na te nasze spotkania,
że są one takie przypadkowe,
że to on o tym decyduje.
lubie kontrolować sytuację,
ale tutaj nie ma hamulca bezpieczeństwa.
o wszystkim decyduje on.
chciałabym wiedzieć, co kryje się za tymi
obłędnie zielonymi oczami.
czy kiedyś się tego dowiem?
a może kiedyś zostanie w moim domu na dłużej?

skomentuj (0)

wtorkowy popart...kill me or kiss me! 2006-04-11 20:27:46


hoduję oregano.
piję herbatę z imbirem.
smakuję życie.
rozglądam się dookoła, ale niczego nie szukam.
ot tak sie rozglądam.
żeby niczego nie przeoczyć:
żadnej tęczy, żadnego deszczu,
żadnego wschodu słońca o 5:40.
mam ochotę jeszcze tylko wywalić komputer
z jego problemami technicznymi
i moimi problemami sercowymi.
i kontemplować.
uprawiać jogę.
i piękny seks o smaku oregano
i zapachu wanilii z imbirem.
wywalić szum informacyjny dobywający się z pudełka
i odciąć od globalnego cybernetycznego świata.
medytować.
przybierać kolejne asany.
i nawet w kwiat lotosu sie zamienić.
chociaż na chwilę.
nie być świadkiem wypadków samochodowych
na mojej, zazwyczaj spokojnej, ulicy.
jeść truskawki, które nie tylko pięknie wyglądają,
ale jeszcze tak smakują.
chodzić na piwo pod pomnik z kumpelą
jak znajomi żule spod sklepu.
ignorować wrzeszczących, naiwnych ludzi,
z którymi zbyt często muszę przebywać.
uśmiechać się perwersyjnie na myśl
o facecie z zapałek,
który towarzyszy mi każdego dnia
schowany w tylniej kieszeni spodni.
takie zastępstwo.
do momentu aż pojawi się ktoś właściwy.
nie przejmować się ich wyjazdami,
bo przyjdzie czas powrotów.
nie myśleć już o koncercie RHCP w Pradze
i szalonej podróży stopem,
które ominą mnie z powodu sesji.
pierwszy raz odpuszczam sobie szaleństwo
na rzecz obowiązku.
nowe rytmy dnia sobie wyznaczam.
znowu myślę o przemalowaniu ścian...

mój wtorkowy popart.
niech się jeszcze nie konczy.
niech te myśli zmieniają się jak w kalejdoskopie.
trzeba spojrzeć pod światło,
zmrużyć jedno oko
i wypatrywać.
wszystko samo się poukłada.
a potem się zmieni i ułoży na nowo.
w tym tkwi siła kalejdoskopu.
w tym tkwi moja siła.

skomentuj (0)

za dzień lub dwa... 2006-03-15 12:39:18


ubieram sie w podarte dżinsy
z dziurą na pupie,
grube skarpety
i wściekle obcisły top.
mój nieoficjalny strój domowy.
zanurzam się w myślach
i tańczę do upadłygo w rytm muzyki z cafe del mar.
sama dla siebie.
wirujący seks.
chciałabym, żeby ktoś podglądał.
żeby ktoś widział.
żeby chciał tu być.
żeby wchodził w moją historię.
żebym to dla niego tańczyła.
zmęczona siadam na zimnych kafelkach,
a chłód ogarnia prawy pośladek.
zakrywam oczy i niemo krzyczę.
jakiś artur dzwoni do mnie przez pomyłkę,
ale to nie przeszkadza mu,
by chcieć się ze mną umówić.
nie wiem czy wierzyc w siłę przypadku
i się temu poddać.
początkowo byłam ciekawa.
chciałam pomóc szczęściu.
teraz myślę, że to bez sensu.
więc gdy zadzwonił kolejnej nocy, nie odebrałam.
dlaczego przypadek nie jest bardziej kontaktowy?
dlaczego musi mnie spotykać
o drugiej w nocy w trakcie snu?
i dlaczego on zadzwonił przez pomyłkę?
czy już nikt nie będzie dzwonił celowo?
przypadek ma ciekawe poczucie humoru.
telefon zadzwonił wtedy,
gdy tego potrzebowałam.
ale potrzebowałam też, żeby to ktoś inny dzwonił.
wstaję i tańczę.
nie poddaję się.
muzyka we mnie wchodzi.
zalewa smutek.
jest już tylko ona.
ona i ciało, które ogranicza ruchy.
podchodzę do okna zdyszana
i szukam go wzrokiem.
jakiś samochód podejrzanie długo stoi pod moim blokiem.
ma zapalone światła.
nikt nie wysiada.
nikt nie wsiada.
po jakimś czasie pośpiesznie odjeżdza,
a wraz z nim moja nadzieja.
w świetle lampki nocnej mój cień
był dobrze widzialny w oknie.
a może ten samochód też był przypadkowy?
czy seks też ma być znowu przypadkowy?
wczoraj chciałam tańczyć.
chciałam dawać siebie w tańcu ciał.
chciałam dotykać i być dotykaną.
chciałam żeby w tym ciepłym świetle
i przy tej muzyce ktoś mnie dotykał z czułością.
przez sekundę miałam w głowie pomysł,
by zadzwonić do pewnej osoby,
bo ona by przyjechała.
ona by na pewno dotknęła.
tak cudownie dotknęła.
tego czas nie wymazał.
wymazał uczucia, ale nie ten boski dotyk.
szybko przeszła mi ochota.
nie można komuś mówić,
że go nie kochasz,
że juz dawno...
że nie rozumiesz dlaczego on mówi takie rzeczy
po takim czasie...
a potem prosić, żeby przyjechał,
bo twoje ciało się domaga bliskości.
a może źle go oceniam.
może by wcale nie przyjechał.
wyraźnie powiedział: "kocham Cie"
głośno i wyraźnie.
nie mówił: "chce się z Toba kochać",
tylko "kocham Cie".
to jedno pamiętam.
tulipany w wazonie na moim biurku więdną.
i ja też więdnę.
wczoraj sprzedałabym swoje ciało za jedno słowo,
za jeden dotyk.
dzisiaj wracam do stanu beznadziejności.
znowu niezależna.
panująca nad własnym ciałem.
wciskająca je w konwencje.
zamiast rozbierać się z siebie,
ubieram się w coraz więcej.
moje warstwy ochronne.
już nic nie czuć.
ani ciepła ani chłodu.
nawet bicia serca już nie słychać.
maska za maską,
strój za strojem.
oto ona - pani swojego życia.
oto ja - udająca silną, twardą.
w tych czasach tak trzeba.
żeby nie zgnietli cię jak robaka.
więc sama staję się jakąś poczwarą,
która traci nadzieję na przemianę w motyla.
nie mam skrzydeł.
mam krótkie życie wypełnione nie-nadzieją.
i za dzień lub dwa zginę.
piekna perspektywa...
a ona bedzie się pode mnie podszywać.
bedą ją nazywać moim imieniem,
pytać o życie wewnętrzne zwierząt,
a ona będzie się śmiać i kpić.
będzie ironizować.
z każdego i ze wszystkiego.
i bedzie sie uniezależniać coraz bardziej.
i będzie nadczłowiekiem,
bo zapomni, ze kiedyś był ktoś,
kogo serce mocno biło.
będzie tylko ambicja i wola.
ciągłe usiłowanie,
szalony bieg.
i nic więcej.
za dzień lub dwa zginę.
kto mnie będzie pamiętał?
kto mnie prawdziwą będzie pamiętał?
za dzień lub dwa...

skomentuj (0)

wciąż mi się marzy... 2006-03-06 09:45:38


...zakochać się i podpalić tą miłością świat!

skomentuj (0)

niedzielne gderania agnieszki 2006-03-05 11:50:12


lubię zebry,
ale uważam, że świat nie jest czarno biały.
nurzam się w wielu odcieniach szarości
i dobrze mi z tym.
takie to nieherbertowskie,
a takie moje.
zamiast do kościoła,
chodzę na manify.
zamiast iśc prosto do domu,
idę naokoło.
wciąż wytyczam sobie nowe trasy.
nowe drogi powrotu,
chociaż wcale nie wracam.
nigdy dwa razy nie zanurzam sie w tej samej rzece.
codziennie dokonuję dekonstrukcji świata przedstawionego.
100% kofeiny we mnie.
już nie poruszam się.
ani naprzód. ani w bok.
cofać już też się nie cofam.
po prostu lewituję w tej tak zwanej
polskiej rzeczywistości.
nie przyjmuję dogmatów wiary.
polemizuję.
codzienne moje małe herezje
dodają mi sił.
nie wierzę, że nazywając coś,
stwarzam to.
lubię rzeczy nienazwane, niedookreślone.
to, co większość uznaje za dziwactwo,
ja uważam za przejaw człowieczeństwa.
uwielbiem humanistów.
boję się logiki i ładu.
kojarzą mi się z totalitaryzmem.
dlatego towarzyszy mi ten ten ciągły chaos.
boję się ludzi, którzy zawsze mają rację.
boję się ludzi, którzy nie mają argumentów.
boję się ludzi, którzy nie podejmują dialogu,
chociaż tych, którzy prowadzą monologi,
bardzo lubię.
boję się ludzi, którzy milczą zbyt długo.
chyba wolę ekshibicjonistów emocjonalnych.
z nimi można się posiłować.
kto da więcej.
kto się bardziej odkryje.
kto bardziej przekłamie.
kto lepszą założy maskę.
pojedynek na miny, na słowa, na myśli.
sympatią darzę tych, którzy potrafią
jednym dobrym 'rzyg'
dokonać katharsis i oczyścić się kompletnie.
wyjść z siebie.
ze źle uszytych konwencji.
nieważne czy to ty,
czy taki jesteś naprawdę.
składasz się z tych wszystkich masek.
ja też.
maski wkładamy zależnie od konwencji, od kontekstu.
nie przeraża mnie to.
mam tego świadomość.
taki rygor narzuca społeczeństwo, zbiorowość.
chciałabym tylko czasem
zobaczyć przebłysk prawdy.
zobaczyc ciebie nagiego.
przez jeden ułamek sekundy.

przypomniał mi się tamten poranek.
czasami rozchylić wargi jest o wiele trudniej,
niż rozchylić uda.
po wszystkim powiedział.
"ona była 'ciepła'.
nie taka jak ty.
mógłbym stworzyć z nią stabilny związek..."

nie zobaczył ciepła i wrażliwości tam,
gdzie były naprawdę.
nie znalazł go między moimi udami.
nic dziwnego.
szukał w niewłaściwym miejscu.
ale zamiast tworzyć ten stabilny związek,
leżał obok mnie.
nagi. spełniony. proszący o więcej.
a kiedy nie leżał obok,
dzwonił.
prosił o kolejne spotkanie i kolejne.
i mówił "jesteś niesamowita.
taka piękna, mądra, zabawna..."

zapomniał o tych pierwszych słowach.
ja nie.
czekałam, aż pójdzie do tej innej
tworzyć ten ciepły, stabilny związek.
pomagałam mu w tym.
przestałam odbierać,
kiedy dzownił.
ale on nie przestawał.
nagrywał się i mówił
"nie miałem racji.
tak bardzo sie pomyliłem.
odbierz...
zadzwoń do mnie później, dobrze?"

nie, niedobrze.
nigdy nie chciałam z nim być.
poszłam po najmniejszej linii oporu.
kończył się stary rok.
i ja chciałam coś skończyć.
padło na niego.
nigdy nie chciał wejść głębiej.
głębiej we mnie.
myślał, że skoro ze sobą sypiamy,
to zna mnie jak nikt inny.
nie chciał się przebić przez naskórek
cienki jak skórka jabłka.
na początku dawałam mu nóż
i mówiłam
"otwórz mnie bardziej.
wejdź głębiej.
rozumiesz?
głębiej.
szukaj drugiego dna.
a potem trzeciego i czwartego
i jeszcze następnego i jeszcze.
dojdź do jądra."

ale on zawsze zatrzymywał sie między udami.
tolerowałam to tylko przez chwilę.
ja też się pomyliłam.
myślałam, że będzie we mnie drążyć.
że wbije się zębami głębiej.
że mnie chociaż nadgryzie.
on zaledwie musnął.
prawie nie poczułam.
już pierwsza kąpiel go wypłukała.
na koniec roku zawsze podejmuję dobre decyzje.
mobilizuję się.

patrzę na znajomych,
którzy łączą się w bardziej lub mniej udane pary.
zastanawim się na jakiej zasadzie dokonuje się to połączenie.
zasadą jest brak zasady.
niektórym znienawidzenie siebie
zajmuje tylko miesiąc.
a potem wyciągają przed swoimi wspólnymi znajomymi
wszystkie brudy i publicznie je piorą.
"rozumiesz o czym mówię prawda?
jaka z niego świnia!"

a potem on stara sie upokorzyć ją w moich oczach.
po co ludzie to sobie robią?
dlaczego czekamy tak długo,
aż się w końcu znienawidzimy?
dlaczego nie zakończyć tego szybciej?
dlaczego tak często zostaje niesmak?

gderam i gderam,
a mądrych wniosków wciąż nie ma.
czas wciąż goni.
za dwie godziny manifa.
idę pokazać, że JESTEM.
tak! wciąż jestem.
i mam się całkiem dobrze.
agnieszka w krainie czarów.
w swoim sin3city.
w swoim magicznym 3polis.
agnieszka - kobieta.
agnieszka - człowiek.
po prostu agnieszka.
wbrew pozorom ciepła i wrażliwa...

skomentuj (0)

gra z Bogiem? 2006-02-21 01:40:19


dobrowolnie wplątuję się w tę pajęczynę
złych powiązań.
widzę zależności.
przyczyny i skutki.
kojarzę błyskawicznie.
zacieśniam grono.
w jednej sekundzie dostaję mądrość całego świata.
biedna, mała Agnieszka.
poplątała się.
znowu.
i po co?
z jakiego powodu?
powód marny.
wytłumaczę się potem głupotą
i krótkowzrocznością.
przez moment chciałam w to wierzyć.
przez jeden parszywy moment.
a teraz cały tydzień parszywy.
to działa jak zaraza.
jak trucizna.
słodko zatruwa życie.
uwielbiam jej smak.

powiedziałam mu to.
powiedziałam, że kocham truciznę,
którą mnie karmi.
i tylko ją.
czekał na ciąg dalszy.
jaki miał być?
szczęśliwy? beznadziejny? optymistyczny?
a może zabawić się w interaktywną przyszłość?
weź udział w quizie o moje życie.
jaki chcesz, żeby był koniec??
spojrzał na mnie tak smutno.
chyba już ostatni raz.
utkwił we mnie wzrok na całą moją przyszłość.
taki we mnie zostanie.
smutny.
piękny w tym smutku.
i w końcu prawdziwy.
przepraszam, że teraz Ciebie bolało.
rozumiesz mnie, prawda?
innego wyjścia nie było mój szatanie.
musiałam Cię zabić.
piekna śmierć.
a Ty przyjdziesz do mnie za miesiąc czy rok
i powiesz:
'pięknie jest!
musiałaś to zrobić.
umyślnie mnie zabiłaś.
umyślnie dziękuję.'

i zostanę rozgrzeszona.
raz na zawsze.
przez Ciebie nie spałam.
przez Ciebie płakałam.
potem przez niego.
a potem znowu przez jeszcze innego.
dlaczego zawsze płaczę przez mężczyzn?
patriarchat łez.
ciekawe...
Telepopmusik śpiewa 'Don`t Look Back',
ale nie umiem nie patrzeć.
owijają się ramionami wokół mnie,
jak drutem kolczastym
i z miłością ranią.
a na ich czele ON.
przeplata zwrot 'kochana córeczko' z 'suko'.
a na koniec dodaje 'kocham Cię'
i rozpływa się w obłudzie swych słów.
jakbym chciała umieć rozpłynąć się tak jak on
w alkoholu i upojeniu.
a mnie rozszarpują słowa.
rozbija prawda na kawałki.
ćwiartuje świadomość.
pożera nienawiść.
a potem wypluwa.
po co ja się wciąż podnoszę?
no powiedz, po co?
szukałam znaków.
pytałam.
czekałam na sygnał.
jakikolwiek.
niechby mi nawet cegła na głowę spadła!
zawsze to lepsze od tej nieznośnej ciszy.
nie odezwałeś się, Boże.
przyoblekam Ciebie w ciało mężczyzny.
tylko oni potrafią milczeć wtedy,
gdy najbardziej potrzebujemy słów.
Znowu czytałam 'Solaris'.
znowu ukrywam swe lęki.
znowu boję się absurdu.
boję sie, że ten cały świat to psychodeliczny sen
ułomnego dziecka,
które w okrutny sposób przestawia figurki.
zbliża je i zderza.
a potem wywala jedną z nich za okno wszechświata z byle powodu.
nie dziw mi się, że więcej litości
widzę w romantycznym szatanie.
buntownicy zawsze byli mi bliższi.
a jednak wciąż w ciebie wierzę,
wciąż nie wykluczam możliwości
twojej obecności w moim życiu.
okrutnej, ale lepszej niz obojętność.
więc mam te trzy stygmaty:
wiarę, nadzieję, miłą ość,
która za każdym razem staje mi w przełyku.
czego chcesz więcej?
jakich poświęceń oczekujesz?
jak bardzo chcesz mnie wdeptać w ziemię?
kiedy wreszcie będzie wystarczająco źle?
daj mi chociaż jedną wskazówkę.
tę pieprzoną wskazówkę od zegarmistrza świata.
tak...
wciąż pamiętam o tym,
że jestem myślącą trzciną,
przyginasz mnie do ziemi.
ale ja potrafię się ugiąć i przeczekać.
więc czego chcesz?
ostatniego tchnienia?
miłości czy bluźnierstwa?
dałam Ci już wszystko...
WSZYSTKO...
nie patrzysz i nie czekasz na mnie.
na swoje podobieństwo stworzyłeś ICH.
a Bartka?
dlaczego on jest taki inny?
zapomniałeś wlać w niego okrucieństwo?
wypadek przy pracy?
zwykłe niedopatrzenie?
siedzę na boso i patrzę, jak mi stopy marzną.
nie mówisz nic.
to najokrutniejszy z twoich trików.
nie słuchasz, prawda?
co miał święty Tomasz, czego mi brakuje?
naiwności?
boisz się pytań?
mam duszę Fausta.
ale nigdy nie powiem 'chwilo trwaj! jesteś piękna'
umiem grać w twoje sztuczki i odraczać moment mojej przegranej.
ukojenie czai sie w małych rzaczach.
w ich molekułach, atomach, kwantach...
tak jak ty czaisz się w Pi.
rozczłonkowujesz moje życie.
a potem sklejasz je na nowo w jakiś nieład.
kierujesz się dziecięcą przekora
i kaprysisz, gdy coś nie idzie po twojej myśli.
znów ten ton...
wybacz.
cierpliwości mi nigdy nie starczało.
co innego z hedonizmem.
próbowałam go już na różne sposoby.
wciąż za mało obsceniczne dla Ciebie.
nie mrugnęła Ci nawet powieka.
a może spróbować anhedonii?
czy można ją wywołać, czy musi sama przyjść?
co mówisz?
dysonans poznawczy?
no trudno...
nie rozumiesz?
kupię Ci słownik wyrazów trudnych i uporczywych.
i tacie.
i jemu.
mężczyźni...wy troglodyci emocjonalni!
aż chciałoby się powiedzieć
'dzieki Bogu za Bartka!',
ale jakoś śmiesznie to brzmi.
przecież ty stwarzasz na podobieństwo siebie,
a on jest taki niewinny w swej perwersji.
taki szczery w uczuciach.
taki piękny w swych nielicznych kłamstwach.
aż chce się go okrzyknąć nowym bogiem.
nie zrobię tego.
nie wybaczył by mi tego stawiania na piedestale.
więc w rubryce wartości znowu zero.
nie testuj mnie.
nie wyjdę z tego zwycięsko.
popadnę w skrajny sarkazm
i nic mnie wówczas nie uratuje.
nie wódź mnie na pokuszenie bluźnierstwa.
zbyt łatwo na nie przystanę.
z wiary zrobię kabaret.
z nadziei papkę popkultury.
z miłości burdel.
no i po co?
tylu innych robiło to przede mną.
ja wiem, że ta psychopatyczna gra wciąga,
że korci, że aż usiedzieć nie można.
jak w szachach,
trzeba przewidywać parę ruchów przeciwnika naprzód.
ale uważaj!
może się okazać, że jeszcze cię czymś zaskoczę.
uważaj!
i nie wódź na pokuszenie.
dobrze radzę!

skomentuj (0)

niedługo w kolorze... 2006-02-19 17:40:54


zrobiłam wszystko, co mogłam zrobić.
opakowałam JĄ jak słodkiego cukierka.
nawet słowem nie wspomniałam o truciźnie w środku.
życzyłam wszystkich miłych ości:
radości.
namiętności.
niesamowitości.
bliskością służyłam na każdym kroku.
ofiarowywałam umysł i ciało.
kawę robiłam nie tylko z myślą o sobie.
mowiłam 'dzieńdobry' każdego ranka
i 'dobranoc' każdej nocy.
pachniałam boskim D&G.
czekałam.
całą wieczność czekałam.
pisałam.
byłam.
prowokowałam.
irytowałam.
reagowałam.
wierzyłam.
uczyłam się cierpliwości.
całą siebie dawałam.
czuwałam.
czasami całe noce.
nie spałam.
słuchałam i potakiwałam.
droczyłam się.
rozśmieszałam.
pomagałam.
na próżno...
zawiodła mnie intuicja.
zgubiłam się w mgle niedomówień,
które były tylko niedomówieniami i niczym więcej.
prowadziłam osobne życie,
ale zanurzone w nim.
cała byłam dawaniem i czekaniem.
niestety nie bezinteresownym.
tak. czegoś oczekiwałam.
chociaż muszę przyznać,
że sprawiało mi to nawet dużą przyjemność.
czas przeszły jest tu na miejscu.
wątpliwości pojawiły się
na krótko przed wyjazdem do Krakowa.
pierwsze znaki zapytania.
momenty olśnienia.
błysk mądrości w oczach.
ostrość widzenia.
a potem znowu wszystko przykrywała mgła.
w Krakowie jacyś mężczyźni.
jakieś numery telefonów.
jakieś uwodzicielskie rozmowy.
jakiś powiew świeżości.
powrót pewności siebie.
a jednak nie rozstawałam się z telefonem.
nawet wtedy, gdy stał się bezużyteczny.
jak narkomanka, czekałam na jakąkolwiek wiadomość.
uzależniona od słów.
a Ci inni mężczyźni kusili.
uśmiechali się.
zapraszali.
chcieli dotykać.
chcieli poznawać.
każdego mojego słowa słuchali
z zainteresowaniem i napięciem.
polemizowali.
byli fascynujący.
zwłaszcza ON.
czytał Ionesco po francusku
na zmianę z poradnikiem photoshopa.
wgramolił się do przedziału
z wielkim plecakiem
i statywem od aparatu.
student filozofii.
rozdarty pomiedzy Gdańskiem a Krakowem.
teatr absurdu, architektura, ludzie, kawa.
rozmawialiśmy potajemnie, gdy wszyscy inni spali.
w ciemności.
światło dochodziło jedynie z peronów,
które mijaliśmy.
przysuwaliśmy się coraz bliżej.
gdyby się w porę nie obudziły...
skończyło się na zaproszeniu na kawę
i obietnicy spotkania w przyszłości.
przez te parę dni
byłam pępkiem świata.
mój wymięty po podróży powrotnej umysł
miał mnóstwo pytań.
ale niewyspanie go zmyliło.
zaczał śnić.
wszedł w fazę marzeń sennych
i mylił sen z jawą.
przebudzenie nie bolało.
nie było już strachu.
nawet rozczarowania nie było.
po prostu oczekiwania nie zostały spełnione.
cały szereg starań pozwolił mi zrozumieć,
że umiem rozśmieszać i współczuć.
że nieporównywalnie bardziej lubię dawać.
chociaż brać też lubię.
odezwała się uśpiona namiętność.
zmysły znowu chcą brać.
chciałam być niewolnicą.
teraz chcę być boginią.
brać, co mi się należy.
garściami! łapczywie!
nie chcę już tracić czasu czekając,
aż zwróci swój wzrok na mnie.
mogło się udać.
ale nie wyszło.
nie chcę wyrokować czy to dobrze czy źle.
wszystko jest bardzo świeże.
słowami można dokonać przekłamania.
to niepotrzebne.
zapukałam, ale nikt nie otworzył.
trudno.
trzeba zapukać w inne drzwi.
albo pójść w końcu do domu
i poczekać, aż ktoś inny zapuka do ciebie.
miła ość nie stanęła mi w przełyku.
nie udławiłam się.
dobrze...
łagodność rozlewa się po mojej twarzy.
środek szaleje miotany ostatnimi wątpliwościami.
a ja uśmiecham się.
jeszcze trochę blado,
ale uśmiechać się w kolorze
będę już całkiem niedługo.
obiecuję.

skomentuj (0)

wyznanie wiary 2006-02-06 01:03:59


jestem zmęczona.
zmęczona natręctwem niektórych osób
i niepewnością, tym kruchym lodem,
po którym ciągle stąpam.
napisał
'nie ma żadnych podtekstów.
wiesz o tym.'

'a co jest?
nadinterpretacje?'

-zapytałam.
naprawdę już nie wiem co jest,
a czego nie ma.
intuicja mnie zawodzi.
ciągle wpadam w jakieś otchłanie niepewności.
mam lepsze i gorsze dni.
gorsze są wtedy, gdy telefon dzwoni.
gdy on znowu prosi o spotkanie.
już nawet nie czuję satysfakcji i litości,
ale potworną irytację i umęczenie.
zawsze narzekałam na przeklęte milczenie telefonu.
teraz nie mogę sie doczekać tej błogiej ciszy.
coraz częściej odłączam telefon.
coraz częściej go po prostu nie odbieram.
jestem niewolnikiem we własnym domu,
swojego własnego numeru.
dni mijają mi bezsensownie.
niby sie ukulturalniam.
niby się bawię.
niby żyję.
niby robi potworną różnicę.
wciąż nie mogę spać.
najbardziej mnie męczy to samotne zasypianie.
na moment przed snem,
przychodzą najgorsze myśli i wspomnienia.
ten moment przed snem przeciąga się nienaturalnie
i trwa prawie do rana.
jak koszmar, który nie chce się skończyć.
tyle, że na jawie.
i męczą mnie mężczyźni,
którzy próbują mnie poderwać
w najżałośniejszy sposób świata.
w ten sposób nigdy nie znajdę męża.
i dobrze.
przecież i tak nie wierzę w małżeństwo.

wierzę w bliskość.
w cud przenikania siebie nawzajem,
zagłębiania się w sobie aż po czubki uszu.
wierzę w targanie palcami
włosów i myśli tej drugiej osoby.
wierzę w pocałunki,
które są jakąś bramą.
tylko nie wiem czy do piekła czy nieba.
wierzę w dotyk.
w spojrzenie, które mówi więcej
niż niektóre słowa.
wierzę w niezwykłe rozmowy przy kawie
i ich zwykłe zakończenie przy winie.
a może na odwrót?
wierzę w przypadkowe spotkania.
nie wierzę w miłość, która potrzebuje dowodu
i wystawiania na próbę.
nie wierzę w poprawę.
w zdradę, owszem, wierzę.
w ciebie, który krzyczysz 'kocham' nie wierzę.
i nie uwierzę.
wierzyłam w słowa 'nigdy nie jest za późno'.
paradoksalnie, niestety jest już za późno.
bywam niewolnikiem uczuć,
ale nie do jednego boga.
a może i jedego,
pod warunkiem, że ty nim nie jesteś.
i tak! jestem szalona!
to nie jest ucieczka od szczęścia.
to po prostu rozsądek.
jego resztki we mnie.
i resztki sumienia.
i duszy.
a widzisz, jednak mi jej nie odebrałeś.
jedyne co potrafiłeś zabrać
to tylko trochę bezcennego czasu
i odrobinę usmiechu.
leżę na półce w biurze rzeczy zagubionych
i czekam aż ktoś mnie tam znajdzie.
czasami spadam z półki.
chcę być zauważona.
i bywam, z mniejszym czy większym skutkiem.
ale potem znowu ktoś odkłada mnie na półkę,
albo przechodzę w inne ręce.
a na skórze stempel głoszący 'priorytet'.
ktoś zapomniał mnie odebrać
i priorytetem już od dawna nie jestem.
więc leżę sobie,
kurzę się,
marznę i tracę nadzieję,
że w końcu znajdzie się adresat.
porzucona na pastwę biurokratów od miłości.
będę chodzić od pokoju do pokoju,
tylko po to,
by ktoś odesłał mnie z kwitkiem.
jestem tym wszystkim cholernie zmęczona.
tym chodzeniem po piętrach
i użeraniem się z bandą hochsztaplerów i oszustów.
z drukami, które trzeba godzinami wypełniać.
składaniem deklaracji,
że 'tak, kocham'.
i myślą o nadchodzacych walentynkach
też jestem zmęczona.
mam je w pogardzie.
pieprzona konsumcja
i uzależnieni od niej konsumenci!
jednego dnia w roku mówią mechaniczne kocham,
zapełniają restauracje i kluby tak,
że nie można się obok nich przemknąć
bez poczucia winy i złości.
objęcie anathemą na jeden dzień.
najlepiej, żebym ja, samotna, nie wychodziła z domu.
trzeba mnie odizolować.
stanowie zagrożenie dla tych
beznadziejnie zakochanych obywateli mojego miasta...
skąd we mnie ta agresja?
cieszę się, że miłość istnieje,
że wciąż są tacy, dla których jest jedynym pokarmem.
dla mnie jest niezdrowym nałogiem.
jednym z wielu.
ale bez niej nie potrafie żyć,
chociażbym bóg wie co mówiła.

śnieg znowu pruszy
i barwą niewinności przykrywa cały brud świata.
wrócę za chwilę na swoją półkę,
poprawię znaczek 'priorytet' na skórze
i będę nie spać do rana w obawie,
że miłość zapuka, a ja nie otworzę.

skomentuj (0)

dotknięci sobą...(z nocnych majaczeń) 2006-01-24 14:11:14


dotykaj mnie...

mam w głowie kalejdoskop wspomnień.
pamiętam to tak dokładnie.
było ciemno i głośno.
przyciągnąłeś mnie do siebie
i pocałowałeś, jak nigdy.
wiedzieliśmy, że nie powinniśmy.
ona to widziała.
nie czuliśmy sie winni.

dotykaj mnie.

pamiętam jak leżę
na najniewygodniejszym łóżku świata,
ale nie przeszkadza mi to,
bo ty leżysz obok
i bawisz się moim naszyjnikiem.
jego jednego nie zdjąłeś.
kochałam się z tobą w naszyjniku z kości słoniowej.
a potem twoje opuszki palców na moich piersiach.
powiedziałeś:
"moja księżniczka przyobleczona w kość słoniową"

dotykaj mnie.

nie zapomnę twoich ust,
dłoni wplecionych w moje włosy.
lubiłeś sie nimi bawić.
nie mogłam się powstrzymać.
pieściłam twoje uda.
nie doczekaliśmy końca filmu.
to było silniejsze.

dotykaj mnie.

byłam obrażona,
wściekła,
chciałam ci wszystko wygarnąć.
a ty wyszedłeś spod prysznica.
mokry i piękny jak młody bóg.
nogi się pode mną ugieły.
udawałam naburmuszoną może przez dwie minuty,
a potem kochaliśmy się jak szaleni.
zostałeś pod skórą.

dotykaj mnie.

dotykaj mnie tym swoim gorącym temperamentem.
patrz tymi tonącymi w niebieskości oczami.
obejmuj, tak jak wtedy.
i łam wpół.

dotykaj mnie.

tobie się nie oprę.
walczyłam z tym.
zawsze przegrywałam.
zniewoliłeś mnie.
wierzę w wieczność twojego ciała.
spojrzenie wyłaniające się z dymu papierosowego
- tak chcę ciebie pamiętać.

dotykaj mnie.

dotykaj tak jak wtedy.
daj mi to raz jeszcze.
chociaż jeden raz.
wiesz co lubię.
nie musiałeś pytać.
wyczułeś to odrazu.
poddałam się jak zaklęta.

dotykaj mnie.
opuszkami palcow.
dotykaj mnie.
oddechem.
dotykaj mnie.
mokrym sobą.
nienasyceni.
nieujarzmieni.

dotykaj mnie.

będę się chwalić,
że sam bóg mnie dotykał.
dreszcze na plecach nie dadzą mi zasnąć.

jesteś wszystkim.
jednym dotykiem obracasz mnie w nicość.
jednym dotykiem przywracasz życiu.
jesteś panem mojego życia i śmierci.
jeśli mam zginąć,
to tylko unicestwiona przez twój dotyk.

dotykaj mnie

wiesz, że tego chcę.
dotykaj jak wtedy.
dłonie splecione.
my w sobie.
juz nic nie było takie same.

dotknij mnie.

podniecenie nie daje mi zasnąć.
wiem, że zaraz się tu zjawisz.
wyczuliśmy się od pierwszego spotkania.
rzuciłeś mi to dwuznaczne spojrzenie.
już wtedy wiedziałam,
że noc będzie dla nas trwać wiecznie.

dotknij mnie,
bo nie zasnę.
wszędzie dotknij.
tam też.
przede wszystkim tam.
nie mogę się tak wić na tym łóżku w oczekiwaniu.

dotknij już.
dusze sprzedam.
wszystko oddam.
wszystkiego się wyrzeknę.

jesteś moim niebem,
w którym spełnia się dotyk.

ledwo mogę pisać.
czuję..dotykasz...czuję...
wszędzie czuję.
jesteś.
jestem.

zakląłeś mnie w dotyk.
wszystko możesz.
wszystko ci wolno.
tylko dotykaj mnie.
zawsze w ten sposób.
i przyciągaj do siebie jak wtedy.
i napieraj całym ciałem.
a potem gładź po włosach,
aż zasnę.

skomentuj (0)

pan przypadek...powrót demona... 2006-01-16 22:57:59


tak po prostu zadzwonił.
jak gdyby nigdy nic.

zacznę od początku...
spotkaliśmy się jakieś trzy,
może cztery dni temu.
siedziałam w knajpie pijąc kawę mrożoną,
a on wyrósł przede mną
i nieśmiało powiedział 'cześć!'
powiedział, że widział mnie przez szybę
i postanowił się przywitać.
nie mogłam ust otworzyć.
uciec też nie mogłam,
bo rachunek był niezapłacony,
a szklanka opróżniona dopiero do połowy.
wyglądałoby to nienaturalnie.
demonstracyjnie.
a ja nie chciałam niczego demonstrować.
sporo czasu minęło.
prawdę powiedziawszy byłam ciekawa co u niego.
przysiadł się.
dobrze wygląda.
w kilku słowach opowiedział o swoich burzliwych losach,
Hiszpanii, studiach,
o tym, jakim włóczykijem był przez ostatnie pół roku.
uśmiechnęłam się, bo wiedziałam, co ma na myśli.
mną też rzucało.
patrzyłam na niego i widziałam wszystkie niedoskonałości.
irytujący sposób, w jaki pił kawę.
nerwowe, ukradkowe spojrzenia.
Boże, jak ja go kochałam.
i jak bardzo nienawidziłam potem.

został w nim ten niepokojący urok.
siedziałam jak zaklęta.
dobrze nam sie rozmawiało.
za dobrze.
gdy zdałam sobie z tego sprawę,
wymyśliłam jakiś pretekst i oddaliłam się.
przedtem jednak zapytał się
czy mogłabym mu dać swój numer telefonu.
tak na wszelki wypadek.
zawahałam się, ale chciałam mieć go z głowy.
dałam.
i uciekłam.
nie wiem gdzie było bardziej lodowato
- na dworzu, czy w tej knajpie obok niego.
minął jakiś czas.
zadzwonił.
znowu mnie zaskoczył.
zastanawiałam się czego chce,
po co dzwoni,
po jaką cholere?
przez nikogo nigdy tak nie cierpiałam,
jak przez niego.
zabił mnie wtedy.
zabił mnie wyznaniem zdrady, przeprosinami,
a potem swoim wyjazdem i listami,
które po jakimś czasie przestały przychodzić.
aż do teraz.
znowu się pojawił w moim życiu.
przypadkowe spotkanie w kawiarni mogłabym przeżyć,
ale ten telefon...
po minucie rozmowy o niczym wypalił, jak z armaty.
mówił szybko, nieskładnie,
improwizował.
słowa wyrzucał z siebie jak wulkan lawę.
powiedział, że wciąż mnie kocha,
że to się nigdy nie zmieniło,
że nie mógł sobie wybaczyć,
tego, co mi zrobił,
że był idiotą,
że wszystko by oddał,
by cofnąć czas,
by wrócić do tego, co było kiedyś.
powiedział, że jestem jedyną kobieta,
o której wciąż myśli,
że nigdy wcześniej,
ani potem, nie spotkał kogoś takiego jak ja.
cały czas mówił.
znowu ranił słowami.
idiota!
co on sobie wyobraża?
że może ot tak wracać i mówić mi takie rzeczy?
znowu to czułam.
miłość, nienawiść, strach, cierpienie, samotność.
wszystko we mnie obudził.
jednym pieprzonym telefonem.
a potem głupio zapytał,
czy mogłabym sie spotkać z nim jeszcze raz.
tym razem już mniej przypadkowo.
cisza...
zaśmiałam się nerwowo.
nie wiedziałam co powiedzieć.
znowu czułam sie jak mała dziewczynka.
wyczuł to.
powiedział, że rozumie.
znowu zaczął mówić.
powiedział
'wiem, że nie mogę na nic liczyć,
że nie mam prawa,
że...ale...
ale zastanów się chociaż chwilę...
kiedyś było nam tak dobrze...
spotkajmy się chociaż.
kiedy tylko będziesz chciała...'

skąd w nim ta nostalgia?
szybko zaczęłam mówić, że sesja,
egzaminy, kolokwia, prace, dziadkowie, szpital.
plotłam trzy po trzy.
powiedział 'rozumiem'
(znowu to jego rozumiem!
człowiek, który wszystko rozumie!)
zapytał, czy może jeszcze zadzwonić.
za jakiś czas.
stwierdził, że pewnie to wszystko
jest dla mnie zaskoczeniem
i że pewnie potrzebuję czasu.
znowu pod byle pretekstem skończyłam rozmowe.
nie chciałam mu mówić jak mnie rozwalił emocjonalnie wtedy,
jak mnie znowu rozwala emocjonalnie,
nie chciałam mu dawać tej satysfakcji.
nie chciałam wierzyć, że to się znowu dzieje.
przecież już dla mnie nic nie znaczy...
prawda?
wrócił demon.
wrócił szatan.
wrócił.
i śmie twierdzić, że wciąż mnie kocha.
tyle czasu.
jak on śmie twierdzić,
że wie co to miłość.
jak? po co? dlaczego?
moje życie już bez niego było dostateczne wywrócone do góry nogami.
nawet nie zapytał czy z kimś jestem...


to chciałam ci opowiedzieć.
siedzę i patrzę się w sufit.
sądziłam, że wymazałam go całego.
że wywaliłam go na śmietnik swojej pamięci.
że przebaczyłam.
tyle czasu minęło.
a kiedy mówił kocham,
coś się we mnie poruszyło.
nie wiem co.
miłość czy nienawiść.
boję się tego.
ta historia nie może wydarzać się
wciąż na nowo.
nie może!!!

dlaczego pojawił się akurat teraz?
dlaczego przypadki rządzą naszym życiem.
to przypadek zadecydował o końcu 'nas'.
a teraz przypadek ma znowu łączyć nasze drogi?
to jakiś pieprzony absurd!
to nie jest teatr!
to burdel...pieprzony burdel...

zrobił z mojej miłości burdel i wyjechał,
a teraz wraca i triumfalnie ogłasza swoją wieczna miłość.
rozumiesz coś z tego?
pogubiłam się...

skomentuj (0)

marzenia sennej wariatki 2006-01-12 16:43:30


marzy mi się, żeby moją ulicą
popłynęła rzeka kawy,
żeby zamiast płotów
wyrosły laski cynamonu i wanilii,
a zamiast wody,
spadł deszcz mleka.

marzy mi się na wieczór.
ot, takie senne marzenia...

tymczasem tylko mokry asfalt
patrzy na mnie swoimi czarnymi,
pustymi oczami i warczy nieprzyjaźnie.

skomentuj (0)

nowe życie...moje nowe życie... 2006-01-08 19:00:45


nie jestem w ciąży!
chcę krzyczeć, ale brzuch boli.
poboli pięć dni.
tylko pięć dni,
a nie dziewięć miesięcy,
całe życie.
odetchnęłam dzisiaj z ulgą.
jest.
uff.
jest jest jest!
nie chodzi o to, że nie chcę mieć dziecka.
uwielbiam dzieci.
nie chodzi o to, że nie jestem gotowa.
nigdy nie jest się gotowym.
nie mogłabym wytrzymać myśli,
że on mógłby być ojcem mojego dziecka.
nasze dziecko - jak to strasznie brzmi.
ON i ja - jak to strasznie brzmi.
zerwałam kontakt.
zostawiłam to za sobą,
tak jak się stary rok zostawia za sobą.
spać nie dawała mi tylko myśl,
'a jeśli...?'
na szczęście nie muszę do tego wracać.
za chwilę o tym zapomnę.
wykasuję jego numer.
nie będę odbierać, gdy zadzwoni.
nie dam znaku życia.
obiecałam sobie...niegdy więcej...
nigdy.
cieszę się, że boli.
to kara.
za wielkie grzechy.
powietrze już nie jest takie gęste.
nawet przypalony obiad smakuje.
a wino zalewa niepokój i go topi.
boże...jak dobrze...
jak mi jest dobrze.
uśmiecham się, biegam, wariuję.
a bartek mówi, że jak naprawdę
będę chciała mieć dziecko,
to on oferuje swoje usługi.
wariat!
jak dobrze móc oddychać pełną piersią.
jak dobrze być szczęśliwym.
jak dobrze mieć swoje ciało na powrót tylko dla siebie.
bartek kładzie mi rękę na brzuchu
i mówi
'szkoda'
a wtedy mój oburzony wzrok go unicestwia.
'kochanie...dzieci nie powinny przychodzić w taki sposób na świat'
nienawidziłam siebie za tamtą noc.
teraz pozostaje go tylko wymazać z pamięci.
ukryć w najgłębszym zakamarku świadomości.
nie rozmawiajmy już o tym.
wdech...
powietrze swobodnie przepływa do płuc
wydech...
wdech...wydech...
żyję.
przeżyłam.
wdzięczność - pierwszy raz taką czuję.
nie on.
uffff.
nie on.
ulga to czy wino?
nie wiem.
ale sprawia wielką przyjemność.
to będzie nowy rok.
nowy.
odradzam się.
spokój, cisza, ukojenie.
nikt nie dziękował Bogu dzisiaj bardziej niż ja.
wiem, że to blużnierstwo,
ale nie mogę się powstrzymać.

skomentuj (0)